Jemen
Strona domowa W górę

Jemen

Galeria zdjęć z Jemenu

27.01.2007 Wylatujemy z Warszawy samolotem Turkish Airways o godzinie 13.10. Rano pada śnieg, ale potem przestaje i nawet wychodzi słońce. Dojazd na lotnisko bez problemów, wylot o czasie. W Istambule jesteśmy z lekkim opóźnieniem. Na lotnisku chodzimy po sklepach, czytamy, nudzimy się. Wylot do Sany jest o czasie, lot w miarę spokojny, ale na miejscu jesteśmy z małym opóźnieniem, ok. 2.00 w nocy. Kupujemy wizę ( po 30$/25 euro/5500 riali od osoby) – najbardziej opłacałoby się w rialach, ale płacimy w $. W okienku obok, w kantorze wymieniamy 50$ - kurs 198,5 riala za 1 $. Potem kolejka do immigration, musimy wypełnić karty wjazdowe. Następnie jeszcze ze 3 razy wypytują nas jacyś „tajniacy” – skąd przylatujemy, jaki jest cel wizyty itp. Odbieramy bagaże, jest jakaś niby kontrola celna – 2 panów przegląda z wierzchu co mamy w plecakach. Taksówkę znajdujemy za 1500 riali po pewnym targowaniu. Jedziemy ładnym bulwarem, a potem przez miasto (sporo syfu) – jazda trwa dość długo. Docieramy do hotelu – tam czeka na nas menadżer. Mamy do wyboru dwa pokoje – jeden z malutką łazienką w środku, drugi bez. Ola wybiera ten z łazienką. Pokój jest prosty, hotel mieści się na skraju Starego Miasta w jednym ze starych glinianych domów.
Sanaa
28.01.2007 Wstajemy ok. 9.30 miejscowego czasu – czujemy się trochę osłabieni – być może to wynik zmiany wysokości n.p.m. i klimatu. Jemy skromne śniadanie – w cenie pokoju. Menadżer wspomina o jakimś turyście, który chciałby wspólnie wynająć samochód – postanawiamy się z nim potem spotkać. Tymczasem prosimy menadżera, aby napisał nam na kartce po arabsku adres Ministerstwa Turystyki, gdzie musimy pojechać, aby dostać zezwolenie na pobyt i poruszanie się po kraju. Idziemy na plac Al-Tahrir i stamtąd łapiemy taksówkę do Ministerstwa za 400 riali.  Po drodze robimy kilka kserokopii paszportów ( pierwsza strona i wiza). Urzędnik wydający zezwolenia okazuje się być człowiekiem z którym mailowałem w sprawie wynajęcia samochodu. Opisujemy trasę podróży – możemy dostać pozwolenie na przejazd autobusem przez  miasto Marib do Sayun, ale nie możemy się tam zatrzymać na nocleg. Urzędnik mówi nam jednak, że czasem mimo zezwolenia mogą nam nie sprzedać biletu. Dostajemy zezwolenie na zaproponowane przez nas trasy. Wracamy do placu Al-Tahrir minibusem za 80 riali (dajemy w końcu 100 riali). Na poczcie kupujemy kartki pocztowe po 100 riali i znaczki po 90 riali. Po odpoczynku w hotelu idziemy na przechadzkę Sanaa po Starym Mieście – piękne stare domy z glinianych cegieł, z koronkowymi wzorami z tynku wokół okien. Widzimy dzieci grające w piłkę na dzikim boisku przy murach obronnych oraz samochód terenowy z Sanaa Saddam portretem Saddama na zapasowej oponie. Wracamy do hotelu – dogadujemy się z Portugalczykiem Luisem i menadżerem hotelu na ośmiodniową podróż samochodem po Jemenie ( Marib – Sayun - Wadi Dawan -  Al.-Mukalla – Bir-Ali – Aden ) – my zapłacimy 2/3 ceny czyli 490$. Menadżer trochę dziwnie liczy – niektóre dni podwójnie, bo długa jazda ( 10,5 dnia x 55 euro), ale ogólnie propozycja wydaje się nam korzystna. Dajemy mu 250$, reszta jutro rano, podpisujemy umowę. Wyruszamy aby coś zjeść, szukamy restauracji Palestine z przewodnika LP. W końcu ją znajdujemy, ale okazuje się, że w przewodniku jest zły plan miasta- zupełnie inne kierunki ulic w południowej części miasta. Jemy po ½ kurczaka z ryżem i herbatą – płacimy 1000 riali za 2 osoby. Wracając zachodzimy jeszcze na Stare Miasto, chodzimy po uliczkach, są otwarte sklepy, w oddali jakby bazarek, w jednej z piwnic widzimy wielbłąda, który prawdopodobnie chodzi w kieracie do napędzania jakiegoś młyna.

29.01.2007 Wyruszamy rano po 8.00. Jedziemy przez miasto, liczne kontrole policyjne po drodze, kierowca daje im odbite na ksero zezwolenie na podróż. Zatrzymujemy się, aby kierowca kupił czat (quat – jak mówią Jemeńczycy) – za woreczek( mała reklamówka foliowa ) płaci 500 riali. Po drodze kilka razy zatrzymujemy się na zdjęcia – piękne widoki. Jest tez postój na herbatę, są tam tez samochody z innymi turystami jadącymi do Marib. Poza Saną wielu mężczyzn nosi broń ( kałasze ), widzimy tez może 10-letniego chłopca z karabinem prawie takim jak on. Obiad w Marib jemy w restauracji razem z innymi turystami. Liczą nam 2000 riali za 3 osoby, płacimy 1500, resztę Luis – chyba zapłaciliśmy też za jedzenie kierowcy (tego nie obejmowała umowa ...).Potem jedziemy do hotelu „Land of Paradises” – dwójka 4500 riali, jedynka 3500 – w mieście jest tylko jeszcze jeden hotel i to droższy. Po odpoczynku jedziemy na zwiedzanie z eskortą policyjną. Najpierw do Świątyni Słońca (Bilquis) – jakiś dziadek chce od nas 100 riali za to że pozwolił nam wejść za ogrodzenie z siatki, ale ponieważ nie było to umówione nie płacimy mu. Potem Świątynia Księżyca (Arsh Bilquis) – słynne pięć i pół filara ( chcą 200 riali za wejście bliżej , ale rezygnujemy) , ruiny starej tamy, nowa tama. Na koniec zwiedzamy ruiny starego Marib. Płacę jakiejś kobiecie za zrobienie zdjęcia – targuje z 200 riali na 150, ale w końcu daję 50, bo tylko tyle mam. Ruiny są przepiękne, zwłaszcza że blisko już do zachodu słońca. Wracamy do hotelu, kupujemy wodę – 160 riali za 4 butelki. W hotelu pijemy herbatę w towarzystwie kilku panów żujących czat (biorą cukier, aby zmniejszyć gorycz zielska).
pustynia    30.01.2007 Rano nie ma wody. Idę do recepcji – okazuje się że zakręcili, ale będzie. Pojawia się po dłuższym czasie i już musimy iść na śniadanie (450 riali od osoby, chyba  znowu wliczają nam jedzenie kierowcy). Wyruszamy o 7.45, dużo posterunków policyjnych na  drodze. Od posterunku towarzyszy nam najpierw samochód z karabinem  maszynowym (2 razy, przy każdym następnym posterunku obstawa się zmienia),  potem jedzie z nami żołnierz. Kierowca mu płaci – w umowie było, że my już nic  nie dopłacamy za obstawę. Po drodze postoje – przy wydmach, na fotografie, na  herbatę. Widzimy tez w oddali płonące szyby naftowe na pustyni. Około 13.30 dojeżdżamy do  Wadi Hadramawt, po krótkiej sjeście jedziemy do Shibam. W mieście jesteśmy  ok. 15.00. Jest piękne, wielopiętrowe gliniane „wieżowce” , niektóre z bielonymi górnymi  kondygnacjami, kolorowe tylko detale : drzwi, zasłonki w oknach, szyldy. Uliczki wąskie, kręte i ale  i tak w każdym zaułku sklepik z rękodziełami i nagabujący sprzedawcy. Po obejrzeniu miasta  wspinamy się jeszcze na wznoszące się nad nim wzgórze i robimy zdjęcia –  przepiękne widoki. Jacyś chłopcy koniecznie chcą służyć nam za przewodników,  ale ignorujemy ich. Jedziemy do Sayun. Chcemy aby kierowca zawiózł nas do  hotelu „Gate Hotel”, ale on przejeżdża obok niego i wiezie nas do „Trade & Tourist Housing Tower  Hotel”. Tam chcą 3000 riali za dwójkę ze śniadaniem (2500 za jedynkę) – pokoje nie są złe, ale nie  warte tej ceny. Wkurzamy się i każemy kierowcy wracać do „Gate Hotel”. Tam recepcjonista nie  mówi po angielsku, nasz kierowca wtrąca się jako tłumacz i mówi nam, że podobno nie ma wolnych  pokoi – podejrzewamy, że to nie do końca prawda. Postanawiamy jechać do innego taniego hotelu  z LP – „Sayun Palace”, kierowca najpierw twierdzi, ze już go nie ma, potem wiezie na do drogiego  „Sayun Plaza”. Mocno wkurzeni każemy mu jechać do „Sayun Palace” – po drodze dopytujemy się i w końcu trafiamy. Mają dwójki po 1500 riali, od Luisa chcą tyle samo za pokój, bo nie mają jedynek, ale w  końcu udaje mu się stargować do 1200. Idziemy wreszcie zjeść – szukanie  hotelu i perypetie z kierowcą sprawiły, że jest już 19.00 i zapadł wieczór. Szukamy knajpki Al-Shaab, ale jest zamknięta ( potem okazuje się ,że w ogóle chyba już nie działa). Idziemy więc do Park Cafe & Restaurant – kurczak z ryżem i spaghetti w sumie za 450 riali oraz cola za 60 riali. Wracając kupujemy jeszcze w ulicznej knajpce rodzaj jajecznicy z zielenina w naleśniku ( coś jak tureckie gozleme) za 50 riali. Potem w „supermarkecie” papier toaletowy i ciasteczka – w sumie za 50 riali. 

31.01.2007 Wychodzimy przed 9.00, oddajemy w hotelu rzeczy do prania ( 45 riali za sztukę,  w sumie 800 riali). Idziemy do pałacu sułtana, wstęp 500 riali od osoby. Zwiedzamy wystawę archeologiczną - jest dość ciekawa, choć skromna. Mało dokładne datowanie np. podają, że przedmiot pochodzi z okresu XII – I w. P.n.e. Poza tym w pałacu są prezentowane stroje ludowe, narzędzia rolnicze, broń, a także flagi dawnych sułtanatów z obszaru Wadi Hadramawt i Al-Mukalli. Z tarasu pałacowego jest ładny widok, niestety  szpeci go nowo wznoszony budynek. Taras jest biały, w mocnym świetle słońca  strasznie „wali po oczach”, zaczyna się upał. Po 11.00 wyruszamy do Tarim – droga w budowie. Wysiadamy przed pałacem sułtana – wstęp 150 riali/osobę. Pałac w dość eklektycznym stylu, trochę motywów wschodnich, trochę klasycystycznych ( sułtan kształcił się w Europie), ale ciekawy. Okna z witrażami, sufit na  klatce schodowej pomalowany na jaskrawy żółty kolor, w jednej z sal na dole zbieranina różnych sprzętów z początku XX w. – stary telefon, gramofony. Reszta pokoi jest pusta. Następnie ruszmy na poszukiwanie Wielkiego Meczetu (Masjid al-Jami), pytamy się po drodze i w końcu trafiamy. Meczet stoi przy głównym placu, gdzie spotykamy również naszego kierowcę. Meczet jest dość brzydki, ma elewację pokrytą tynkiem naśladującym cegły. Idziemy do mieszczącej się przy meczecie biblioteki (Al-Ahgaf Manuscript Library) gdzie oglądamy dawne rękopisy – bardzo ciekawa dawna mapa świata. Chcemy jeszcze pójść na przechadzkę, chociaż kierowca i Luis czekają już znudzeni. Chodzimy wśród domów wąskimi zaułkami, gdy nagle obstępuje nas horda dzieciaków domagających się chyba bakszyszu lub słodyczy (wcześniej inne rzucały w nas kamieniami, ale jakiś starszy pan je pogonił). Wracamy na główny plac, gdzie mieści się też suk i ruszamy z powrotem. Kierowca proponuje jeszcze podjechać do wsi Aynat, gdzie oglądamy przez ogrodzenie stary cmentarz z nagrobkami i kilkoma dużymi grobowcami – wstęp tylko dla muzułmanów. W miasteczku są ciekawe domy, ale nasz kierowca się śpieszy. Wracamy do Sayun. Chodzimy po mieście, idziemy do parku, gdzie pod drzewami siedzą mężczyźni żujący czat, sami proszą o zrobienie zdjęć. Gdy opuszczamy park zaczepia nas jakiś student uczący się angielskiego, prowadzi z nami długą rozmowę, pyta jak jest w Polsce, jak mieszkamy, opowiada że chcąc zawrzeć małżeństwo w Jemenie trzeba zapłacić odpowiednią sumę rodzicom panny młodej itp. Szukamy Internet Cafe – nie ma jej tam gdzie szyld i gdzie powinna być wg przewodnika, w końcu znajdujemy internet w innym miejscu, w bocznej uliczce, 2 riale/min. Niestety musimy przerwać po 10 minutach, bo właściciel wychodzi coś zjeść... My też idziemy coś przekąsić. Szukamy jeszcze raz knajpki Al-Saab, ale jest zamknięta tak jak wczoraj. Znowu jemy w „Park Cafe & Restaurant”. Idziemy jeszcze raz na internet – razem 80 riali i wracamy do hotelu. Robię jeszcze zdjęcia widowiskowo podświetlonego pałacu sułtana i pobliskiego minaretu – zaraz po zrobieniu zdjęć światło niespodziewanie gaśnie...

1.02.2007 Wyruszamy ok. 9.00. Po drodze widzimy kobiety w „kapeluszach wiedźm” (spiczaste, z suchych liści palmowych) powożące dwukółkami zaprzężonymi w osły. Zatrzymujemy się też aby obejrzeć grobowiec jakiegoś imama  . Dziś nasza droga prowadzi przez Wadi Daw’an. Dojeżdżamy do Al.-Hajarayn – najstarszej wsi na tym obszarze. Wspinamy się na zbocze, aby obejrzeć położoną na nim starówkę. Droga wyłożona kamieniami zakosami prowadzi pod górę. We wsi typowe kilkupiętrowe gliniane domy, wąskie uliczki, kilka małych placów. Jest tu kilka sklepów z miodem – podobno miód z Wadi Daw’an jest najlepszy i najdroższy w Jemenie. Jeden dom w wiosce wyróżnia się nietypową bogato zdobioną fasadą. Jedziemy dalej i zatrzymujemy się w wiosce Sif, która znana jest z kolorowo zdobionych domów. Ponieważ jest to środek dnia wszyscy mieszkańcy mają sjestę. Na uliczkach jest cicho i pusto. Domy rzeczywiście mają kolorowe detale np. drzwi lub obramowanie okien, czasem cała fasada jest pomalowana w subtelny wzór. Pięknie to wygląda na tle naturalnego koloru gliny. Gdy już wracamy, jakiś pan chce mi sprzedać „kapelusz wiedźmy” za 500 riali, ale nie kupuję. Czekamy na kierowcę w knajpce, jakiś pan chce abyśmy dosiedli się do niego i reszty towarzystwa, którzy w sali obok żują czat. Opuszczamy Sif, potem po drodze mijamy kilka wsi podobnie pięknie położonych na zboczach wadi. Docieramy do Al-Khurayba – tutaj będziemy dziś nocować. Okazuje się, że hotelarz chce od nas 3300 riali za pokój bez ciepłej wody. Za miejsce na dachu chce od Luisa 1500 riali. Drugi hotel w miasteczku podobno oferuje wspólną salę z materacami na podłodze. Ponieważ nie ma wielkiego wyboru godzimy się na tę cenę (negocjacje z właścicielem nic nie dały). Nocuje tu tez kilkunastoosobowa turystów z Czech, którzy przywieźli rowery i część trasy pokonują na nich. Wychodzimy na przechadzkę, wszędzie dużo śmieci, plastikowych opakowań. Docieramy na  pobliskie poletka, robię kilka zdjęć, ale słońce szybko chowa się za wysokie ściany wadi. Wracając kupujemy 4 butelki wody za 150 riali i 2 duże kawałki ciasta z cynamonem ( coś jak nasz piernik) za 400 riali. Zamawiamy obiad w naszym hotelu ( we wsi nie ma innej knajpy) – kurczak z ryżem i wodą za 600 riali od osoby. Jemy na tarasie na dachu hotelu razem z Czechami.

2.02.2007 Al Mukalla - fortecaW nocy budzi Al Mukalla- łodzie rybackie nas o 5.00 muezin – długo zawodzi, nie możemy spać. Rano wyjeżdżamy o 8.15. Droga pnie się do góry i w końcu wyjeżdżamy na płaskowyż –półpustynny, poryty stromymi dolinami wadi. Po drodze kierowca staje aby kupić czat, ja robię kilka fajnych zdjęć. Następny przystanek na szczycie masywu na fotografie. Nasz kierowca spotyka kolegę jadącego z naprzeciwka z turystami. Parkują samochody na zakręcie, całują się, rozmawiają. Przyjeżdża samochód policyjny – policjant też serdecznie wita się z tym drugim kierowcą. Wjeżdżamy w końcu do Al-Mukalli, mijamy przy wjeździe stojący na skale fort Husn al-Ghuwayazi z XIX w.– dość znany motyw z folderów turystycznych. Kierowca zawozi nas do Mukalla Corniche Hotel – chcą 3500 riali za pokój. Idziemy więc do hotelu Al-Salama, pokoje są za 2800-3200 riali ( w zależności od wielkości). Wtedy kierowca oświadcza, ze zna jeszcze tańszy hotel – idziemy za nim i docieramy do.... Mukalla Corniche Hotel ! Tam oferują nam pokoje za 2500 riali – są ładne, czyste, z ciepłą wodą i klimatyzacją. Zostajemy ( po cichu zastanawiając się, czy pokoje za 3500 w ogóle istnieją). Na mieście prawie wszystko jest pozamykane (jest popołudnie), prawdopodobnie dlatego, że to piątek. Idziemy nadmorskim bulwarem, potem na stare miasto i do portu rybackiego, jest dość brudno, leniwa atmosfera świątecznego dnia. Korzystamy z internetu – 2riale/min., ale szybkość taka sobie. Kiedy wychodzimy z kafejki wszystko zaczyna się otwierać, więc idziemy coś zjeść. Polecana w LP restauracja Al-Khayyam jest zamknięta, wchodzimy do knajpki przy hotelu Al-Salama. Za 2 kawałki kurczaka z ryżem, cole i sprite płacimy w sumie 650 riali. Obsługa zaprowadziła nas do kuchni, aby pokazać co serwują, bo nie mówili po angielsku. Gdy wychodzimy z Al-Salama okazuje się, że w tym czasie otworzyli Al-Khayyam. Zaglądamy z ciekawości i w końcu decyduję się na kawałek ryby za 200 riali, dodatkowo ciapata prosto z pieca, sos, 2 herbaty – wszystko razem 300 riali. Knajpka jest bardzo prosta, dużo w niej ludzi, obsługa szybka i miła. Chyba jest rzeczywiście popularna, ale byliśmy jedynymi turystami. Jest już wieczór, ciemno, idziemy bulwarem nadmorskim, Al Mukalla tam dużo ludzi, głównie grupy mężczyzn, ale też rodziny i mieszane grupki młodych ludzi. Wędrujemy droga w stronę dalszej części miasta mijając Mukalla Al Mukalla - pałac sułtana Museum i siedzibę policji. Docieramy do bulwaru nad kanałem, fajnie tam - ławeczki, jakieś dyskretnie przytulone pary. Przechodzimy przez mostek na druga stronę, tam otwarte oświetlone sklepy, jakieś sklepiki, stragany, dużo ludzi na zakupach. Można kupić fotografie Saddama Husseina – widzę takie co i rusz na samochodach.
3.02.2007 Rano wstaje przed 7.00. Idę na miasto. Dość mało życia, chmury. Jakiś młody człowiek o inteligenckim wyglądzie w okularach pokazuje mi stary dom, a potem daje kilka ulotek o islamie. Robię parę ciekawych zdjęć starszym panom na suku. Wracam do hotelu i wychodzimy z Olą i Luisem do Pałacu Sułtana, gdzie obecnie mieści się Mukalla Museum, wstęp 500 riali za osobę. Na dole wystawa archeologiczna – taka sobie. Na górze sale z wystrojem sprzed obalenia ostatniego sułtana – ciekawa. Nie można robić zdjęć. Wyjeżdżamy ok. 10.00. Najpierw jedziemy na policję.. W końcu przychodzi policjant, który będzie nam towarzyszył do Bir-Ali.

Ndroga do Bir Ali - krateriedaleko przed Bir-Ali podjeżdżamy do podnóża stare brytyjskie działo wygasłego wulkanu, w którego kraterze jest jezioro. Wejście nie jest trudne, ale zejście gorsze – stromo, miejscami dość ślisko. Potem dojeżdżamy do wioski Bir-Ali – tam kupujemy wodę po 40 riali za butelkę, bo podobno na plaży nie ma. Naprzeciwko knajpki stoi stare angielskie działo. Robię zdjęcia licznym chętnym. Jedziemy na plażę. Brzeg jest zaśmiecony torebkami foliowymi itp., aż dojeżdżamy ośrodka, gdzie jest czysto. Nie ma już wolnych pokoi ( były po 6000 riali), zostały tylko palmowe chatki na plaży za 1500 riali/osoby. Jedzenie (ryba, ryż itd.) – 800 riali. Straszne ździerstwo. Z Luisem negocjujemy z właścicielem ośrodka cenę 1000 riali /osoby. Na szczęście okazuje się, że prysznice są także w kibelkach, nie tylko na zewnątrz. Idziemy się kąpać. Plaża fajna, morze OK, rafa koralowa, dużo krabów i muszelek. Jakiś pan z obsługi gapi się chwilkę na nas, poza tym OK. Policja cały czas pilnuje bezpieczeństwa, objeżdżają plażę. Zamawiamy jedzenie – przywożą chyba z knajpki ze wsi (dużo ryby, ciapata, warzywa). Zaczyna się ściemniać, idziemy jeszcze na przechadzkę wzdłuż plaży –bezksiężycowa noc. Idziemy wcześnie spać. Nie mogę zasnąć – twardy materac, szum fal i wiatru.
4.02.2007 Słońce budzi mnie zanim dzwoni budzi. Jedziemy do wioski - jem chlebek z herbatą. Wyruszamy z policyjna obstawą – samochód. Tak już będzie prawie do Adenu. Najpierw samochody a potem policjanci jadący z nami – obstawa zmienia się przy każdym posterunku na drodze. Tylko raz nam pozwolili jechać bez policjanta (brak chętnego?). Jedziemy „naokoło” przez góry, przez miejscowości  Azan i Habban, robię zdjęciaBir Ali. Po drodze dłuższy postój, bo kierowca je obiad. Zjeżdżamy z gór i dość szybko docieramy do Adenu.Bir Ali - kraby

Aden - zbiorniki wody Kierowca zawozi nas do droga do Saany - postój hotelu Yemen droga do Saany - postój Nights Tourism hotel – dwójka 3500 riali, jedynka 2500 riali. Po odpoczynku wychodzimy na miasto, oglądamy port w Adenie. Trochę błądzimy – jakaś pani z odkrytą twarzą sama proponuje nam pomoc i pokazuje drogę. Potem idziemy na stare miasto i do restauracji Reem Tourist Restaurant, kierują nas do części „family”, gdzie je mieszane towarzystwo, kobiety odkrywają twarze. Jem rybę, Ola ćwiartkę kurczaka, do tego sałatki, cola, sok, ja jeszcze biorę  szoarmę – za wszystko płacimy 1400 riali, zostawiamy 200 riali napiwku. Potem chodzimy po suku – robimy zdjęcia, oglądamy śmiałe sukienki w sklepach dla kobiet. Kupujemy mirrę (200 riali za I gatunek) i chustkę dla Oli (450 riali). Wracamy do hotelu kupując po drodze 2 wody i ciastka oraz jabłkowy Canada Dry (300 riali).
5.02.2007 Wyruszamy ok. 8.00 – dzisiaj powrót do Sany. Najpierw jedziemy obejrzeć dawne zbiorniki na wodę (Aden Tanks) – uważa się , ze pochodzą z I w. n.e.; zostały odkryte i odrestaurowane przez Brytyjczyków w XIX w. Wstęp 100 riali od osoby. Nad zbiornikami i wokół nich zbudowano system kładek dzięki czemu można je oglądać z bliska. Potem przejeżdżamy przez port w Adenie, tam krótki przystanek. Opuszczamy miasto – tym razem bez policyjnej eskorty. Po drodze zatrzymujemy się kilkukrotnie, aby robić zdjęcia – głównie widoki  różnych wiosek. Dłuższy przystanek w miasteczku Hammam Damt. W pobliżu jest góra z której podobno roztacza się ładny widok, ale nie chce się nam tam wspinać. Są też gorące źródła – wytryskują z rury wystającej z rodzaju pomniczka – stąd nazwa miejscowości. Luis pyta się nas o „tips” dla kierowcy – podobno zwyczajowo jest to 10% ceny za wynajem samochodu ( czyli w naszym przypadku 50$) – postanawiamy nic nie dawać. Około 16.30 docieramy do Sany, a po 17.00 do hotelu.

Sanaa - Bab-al-Yaman Menadżer dopytuje się, czy wszystko było OK., czy kierowca był OK. – chyba myśli o napiwku dla niego. Ale nic nie dajemy. Szybko rozkładamy się w pokoju i wychodzimy. Najpierw wymieniamy pieniądze – 100 $ - dostajemy za nie 18850 riali. Potem idziemy do kafejki internetowej – szybkie łącze!- znajduję adres biura Turkish Airlines (płacimy 20 riali). Potem zachodzimy do biura jakiejś agencji sprzedającej bilety lotnicze – mówią nam, że potwierdzić bilety możemy tylko w Turkish Airlines, ale piszą nam po arabsku adres dla taksówkarza i mówią, ze biuro powinno być czynne do 19.30. Łapiemy taksówkę – starszy pan nie umie czytać, prosi chłopca o przeczytanie adresu z naszej kartki, ale potem i tak nie może trafić, krążymy po mieście, jest coraz później. W końcu, gdy zatrzymuje się na stacji benzynowej wysiadamy i porzucamy go. Zatrzymujemy taksówki, aż w końcu któryś kierowca wie gdzie to jest – dowozi na za 200 riali. Rekonfirmujemy bilety do Istambułu i do Bombaju. Potem wracamy taksówką do Bab-al-Yeman (400riali) aby znaleźć opisywana w LP pralnię, ale zauważamy inna po drodze ( widzieliśmy ją już przy pierwszym pobycie w sanie, gdy szukaliśmy restauracji). Oddajemy rzeczy do prania – pan wylicza nam 1270 riali, zapłacimy przy odbiorze, za 2 dni. Idziemy zjeść do Palestine Restaurant – tym razem bierzemy rybę z ryżem i ciapatą, surówkę, colę, herbatę; za wszystko płacimy 1200 riali. Ryba dobra, trochę przypalona skóra z jednej strony. Odprowadzam Olę ( po drodze kupujemy jeszcze wodę), a sam idę na internet ale już bliżej hotelu – 25 riali – taka sobie szybkość, nie mają nagrywarki DVD. Wracając znajduję pralnię blisko hotelu, tylko że wszystkie napisy miała po arabsku. W hotelu jeszcze raz dopytuje się o dojazd do Manakha ( Ola pytała się wcześniej) – podobno współdzielone taxi odjeżdżają z placu Bab-al-Yeman ( inaczej niż piszą w LP). Pan mówi, że dojazd nie będzie prosty i proponuje wspólny wyjazd wynajętym samochodem z dwiema kobietami. Dziękuję, nie skorzystamy.
6.02.2007 Wstajemy o 7.00, pakujemy się, jemy śniadanie, płacimy za pokój 20$. Na śniadaniu spotykamy dwie kobiety ,które jadą samochodem w góry. Rozmawiamy trochę z nimi, opowiadamy o kierowcy - ogólnie pozytywnie, oprócz spraw związanych z hotelami. Idziemy z plecakami do Bab-al-Yeman. Tam są współdzielone taxi do Manakha – 500 riali za osobę, 4500 riali cała taksówka. Oprócz nas jeden czekający. Zaczynamy się dopytywać o taksówki do Al.-Hudayda, w końcu po 20 minutach czekania i przy kiepskich perspektywach zebrania kompletu pasażerów godzimy się na zapłacenie 3000 riali i ruszamy. Pojazd jest leciwy, szyby się nie zamykają, wieje, ale kierowca jest ostrożny. Po drodze na posterunkach policyjnych chcą zezwoleń – daje kserokopie z Ministerstwa Turystyki. Po drodze wsiadają i wysiadają różni ludzie, ale całą trasę przejeżdżamy tylko my i jeden miejscowy. Jazda przez góry serpentynami. Po drodze widzimy taksówkę , która nie wyrobiła się na zakręcie oraz zepsutą ciężarówkę. Za wioską Al-Maghraba jeszcze większe przepaście i serpentyny.

Na miejscugóry Haraz - Manakha jesteśmy po 12.00. Idziemy do hotelu góry Haraz - Mankha Manakha Tourist Hotel (Manakh Askari Hotel). góry Haraz - Al-KhutaybChcą 3000 za pokój góry Haraz - Al-Khutayb (duża dwójka, góry Haraz - Al-Khutayb łazienki wspólne, czyste, ciepła woda) lub 6000 z wyżywieniem dla 2 osób (śniadanie, obiad). Bierzemy sam pokój. Chwilę odpoczywamy i postanawiamy iść w góry. Dopytujemy się o mapę. Możemy tylko obejrzeć całkiem fajną mapę niemiecką i zorientować się mniej więcej w położeniu innych wiosek. Proponują przewodnika, ale odmawiamy. Wyruszamy do Al-Khutayb (Al-Hoteib). Po drodze spotykamy parę Polaków, którzy opowiadają nam gdzie byli w górach (są tu trzeci dzień) i co najlepiej zobaczyć, że dobrze jest łapać stopa na asfaltowych drogach, bo dopiero te wiejskie, piaszczyste są ciekawe. Ruszamy dalej – na zboczu wyrzucone śmieci, foliowe woreczki – ohyda. Potem podwozi nas miły pan – za darmo. Al-Khutayb to wioska Ismaelitów ( sekta w islamie),  z grobowcem XII-wiecznego kaznodziei. Mieszkańcy inaczej się ubierają- mężczyźni białe szaty, kobiety kolorowe chustki, nie zakrywają twarzy. W meczecie chyba właśnie skończyła się jakaś uroczystość, wychodzi rodzina z niemowlęciem na rękach, odświętnie ubrani. Wioska jest czysta, ładnie utrzymana, robią chodnik. Wracamy droga asfaltową, ale po drodze zbaczamy w piaszczyste ścieżki. Raz idziemy pod górę do wioski, która wydaje się być opuszczona (oprócz jednego domu). Drugi raz w dół do kilku wiosek( razem z jakąś wycieczka Francuzów - dzieci chyba mylą nas z nimi, śpiewają po arabsku na melodię „Panie Janie” ). Oglądamy krzewy kawy na małej plantacji. Wracamy do Manakha – wioska jest już w chmurach, które po południu zaczynają zstępować z gór – spotkani Polacy mówili nam , że tak jest tu góry Haraz codziennie. Kawałek podwozi góry Haraz - Manakha - tańce nas młodzieniec pickupem – zgóry Haraz - Al-Hajjaraa 200 riali. Kupujemy góry Haraz wodę i colę – oszukują nas – liczą po 50 riali za wodę i colę! Kupujemy bułki na śniadanie – za 5 płacimy 50 riali. Odpoczywamy w hotelu, Ola się myje, mamy iść coś zjeść. Nagle gaśnie światło, idę się myć z latarką. Po krótkim czasie światło się zapala – hotel ma własny generator. Idziemy jednak do wioski – może da się znaleźć coś do zjedzenia? Bez światła miejscowość wygląda dość strasznie (choć gdzieniegdzie jest prąd z generatorów). Jemy w knajpce 2 połówki kurczaka – dość zimne, ciapata, colę i herbatę – płacimy 1000 riali. W trakcie posiłku w wiosce zapalają prąd. Wracamy do hotelu – jest pokaz tańców ludowych (głównie chyba dla grupy Francuzów, ale nas tez zapraszają). Gra zespół muzyków, tańczy starszy mężczyzna i młody chłopak, czasem dołącza właściciel hotelu. Wciągają tez do tańca gości (m.in. Olę i nawet na chwilę mnie). Ciekawy jest taniec z nożami („baraka”) – chłopak tańczy go z werwą, inne tańce chyba mniej lubi.
7.02.2007 Rano pakujemy się, plecaki zostawiamy w pokoju hotelowym. Właściciel hotelu proponuje nam przewodnika na „przejście trudna trasą „ do Al-Hajjarah za 3000 riali, ale my decydujemy się na samodzielne dojście asfaltową drogą. Łapiemy taksówkę, jakoś udaje się nam wepchnąć we dwójkę na siedzenie obok kierowcy – płacimy 200 riali za 2 osoby. Dojeżdżamy do Al-Hajjarah. Wioska ładna – malownicze kamienne domy, ale ciągle jakieś dzieciaki nas nagabują, że chcą nas oprowadzić za pieniądze. W najstarszej części ogólnie smród i brud oraz odchody zwierząt – wszystko to lepiej prezentuje się z odległości. Pijemy po darmowej herbacie w knajpce Idziemy na spacer polna drogą spotykamy tylko kilka osób, w tym jednego dziwnego pana, który coś kopał w ziemi i krzyczał do nas. Piękne wioski na stokach gór. Wracamy tą samą drogą do Al-Hajjarah a potem do Manakha. Po drodze jakieś dzieciaki chcą żeby im zrobić zdjęcie z Olą, a potem chcą pieniędzy – nie dajemy im oczywiście.  Pan w ciężarówce wyładowanej kamieniami góry Haraz do robienia pobocza proponuje podwiezienie do Manakha za darmo – korzystamy. Decydujemy się dzisiaj góry Haraz - wioska wrócić do Sany. Znajdujemy taksówki – chcą po 500 riali od osoby. Idziemy po plecaki do hotelu – żegnamy się z właścicielem. Wychodzimy i napotykamy inna taksówkę do Sany prawie pełną - wsiadamy. W dół do Al-Maghraba potworny ścisk, Oli plecak na dachu, mój na worku z mąką – cały brudny. Na dole większość osób wysiada, dosadzają do nas pewnego Francuza (pracował w obozie uchodźców w Ugandzie, chyba złapał tam malarię) i po około godzinie czekania zbiera się jeszcze kilku pasażerów i ruszamy do Sany.

Wysiadamy Shibam koło Saany - targ przed Maidan Tahrir. Idziemy do hotelu, gdzie dwa dni wcześniej powiedziano nam, że dwójka kosztuje 2500 riali. Teraz okazuje się, że cena wynosi 4000 riali, mogą spuścić do 3500. Szukamy jakiegoś hotelu z przewodnika. Wchodzimy do Asia Tourist Hotel, pokój z łazienką 2500 riali. Wygląda OK Shibam koło Saany - targ wiShibam koło Saanyęc bierzemy. Chwilę odpoczywamy,Kawkaban koło Saany a potem idziemy na internet, który znajdujemy  dwie przecznice dalej. Miła obsługa, m.in. pan, który był kiedyś w Polsce (podczas studiów w Moskwie). Udaje mi się nagrać zdjęcia na płytę DVD (300 riali) Thula i trochę posurfować po internecie. Thula Idziemy Kawkaban koło Saany na soczek (do Al-Asdequa Fruit Bar) – mały sok 100 riali, duży 200.
8.02.2007 Pytamy się w recepcji jak dojechać do Shibam. Na kartce piszą nam nazwę miejsca gdzie możemy złapać współdzielone taxi. Taksówka za 400 riali dowozi nas w okolice uniwersytetu. Tam są wspólne taksówki – za 200 riali od osoby do Shibam. Kierowca mówi trochę po angielsku. Przesadza nas tak, aby starszy pan nie siedział obok Oli, tylko koło mnie. Po odwiedzeniu stacji benzynowej (60 riali za litr paliwa, kierowca i tak narzeka, że drogo) i zabraniu sporej ilości bułek z piekarni - ruszamy. Po godzinie jesteśmy w Shibam. Wszyscy są bardzo mili – pytają, czy jedziemy do Shibam czy do Thulla. Kontrola policyjna przy wjeździe – spisują nas na karteczce. W Shibam jest targ – dużo facetów z nożami i kałaszami. Obchodzimy targ i trochę miasteczko. Ładny stary suk ze sklepami z kolumienkami. Reszta taka sobie. Kupuję dwa noże z pasami – jeden ładniejszy, drugi trochę brzydszy – w sumie za 6000 riali po targowaniu. Dużo stoisk z quatem, poza tym chałwa i inne arabskie słodycze, Kawkaban koło Saany warzywa, mirra. Szukamy taksówki do Kawkaban. Najpierw próbują nam wcisnąć taksówkarza za 1000 riali „prywatnie” – w końcu ktoś prowadzi nas do zbiorowych za 100 riali od osoby. Wjeżdżamy na górę. Miasto wspaniale położone na szczycie góry, częściowo otoczone murem, z bramą wjazdową (kiedyś w czasie najazdów chronili się tu mieszkańcy położonego u stóp Shibam). Wiele ładnych budynków, ale sporo z nich zaniedbanych. Ciekawy szalet miejski – pan idzie na bosaka tamże. Trochę natrętnych dzieciaków. Mamy kłopot z powrotem (jest jakaś ścieżka do Shibam, ale stroma, podobno około godziny schodzenia; droga asfaltową jeszcze dłużej). Bierzemy prywatną taksówkę do Shibam za 1000 riali (chcą 1200). Czekamy w budzie sprzedawcy biżuterii, bo taksówka nie może przejechać – bramę miejską tarasuje ciężarówka mająca kłopoty z wyjechaniem). W Shibam okazuje się, że Wadi Dhahr - pałac al-HajarWadi Dhahr - pałac al-Hajar już nie ma taksówek do Thulla. W końcu z Wadi Dhahr - palac al-Hajarpomocą pewnego człowieka mówiącego Wadi Dhahr - pałac al-Hajar po Wadi Dhahr - pałac Dar al-Hajar angielsku ( wziął za to chyba ze 200 riali prowizji od taksówkarza) bierzemy taksówkę na trasę Shibam – Thulla – Wadi Dhar – Sana za 4000 riali. Najpierw jedziemy do Thulla – również położonego na wzgórzu. Piękne kamienne domy i minaret meczetu. Trochę nas zaczepiają, proponują żeby wynająć za przewodnika, albo coś kupić w sklepie, ale tylko na początku. W środku miasta trochę upierdliwych dzieciaków. Chodzimy około godziny. Potem jedziemy do Wadi Dhar – kierowca się trochę myli, wjeżdża w inną drogę. Na chwilę podjeżdżamy do domu/sklepu gdzie kupuje wodę ( do czata ). Wreszcie dojeżdżamy do pałacu imama Der-al Hajer – wstęp 500 riali. Ciekawy, choć prosty wystrój, fajne kolorowe okna. Pałac jest zbudowany na skale. Ciekawe, głębokie studnie (zbiorniki na wodę), prehistoryczna jaskinia, gdzie znaleziono mumię. Fajny mafarej – z widokiem na dolinę. Chcemy wypić colę w przypałacowej knajpie, ale kosztuje 100 riali – rezygnujemy. Wracamy do Sany.

Chcemy, Sanaa aby kierowca odwiózł nas Sanaa na Meidan Tahrir, Sanaa ale on chce Sanaa za to jeszcze dodatkowe Sanaa 500 riali. Nie zgadzamy się, więc wysadza nas przy uniwersytecie. Po pewnym szukaniu i dopytywaniu się znajdujemy minibus jadący na Meidan Tahrir za 20 riali od osoby. Wracamy do hotelu, idziemy zjeść - 2 ryby : większa za 800 riali, mniejsza za 500 riali – razem w Palestine 1500 riali. Potem idziemy na Stare Miasto, chodzimy po suku – oglądamy różne rzeczy do kupienia, gambije, lampy itp.
9.02.2007 Rano wychodzimy do Muzeum Wojskowego (Military Museum). Muzeum ma być czynne od 13.00, więc włóczymy się po okolicach Meidan Tahrir. zachodzimy do Al-Asdequa Fruit Bar, pijemy Pepsi Light (Ola), sok z mango i sprite (ja) – razem 200 riali. Po 13.00 idziemy do Muzeum Wojskowego, ale jest zamknięte na głucho. Wracamy do hotelu i odpoczywamy. Po południu idziemy na Stare Miasto, robimy zdjęcia – dość ładne światło. Potem oglądamy lampy i gambije, szukamy sklepu z pamiątkami, w którym byliśmy wczoraj wieczorem. Znajdujemy go po dłuższym błądzeniu, ale ceny są tu jednak zbyt wysokie. Idziemy do innych sklepików. Kupujemy min. posrebrzaną kadzielnicę na mirrę– 2000 riali, puzderko za 1000 riali i 2 bransoletki po 600 riali  razem po stargowaniu 4000 riali, ładną gambiję z pasem za 4500 riali- po stargowaniu z 6000 riali. Dopłacam jeszcze 200 riali za dorobienie zapięcia (chłopak zajmujący się tym chciał 600 riali, ale sprzedawca „zredukował” jego cenę). 
10.02.2007 Po w miarę dobrze przespanej nocy rano wychodzę sam na Stare Miasto. Idę droga wzdłuż wyschniętego wadi, a potem zagłębiam się w uliczki. Robię trochę zdjęć. Ciekawe są położne w środku zabudowy ogrody otoczone murkami. Niektóre całkiem dobrze utrzymane, inne zaniedbane. Do jednego z nich zaprasza mnie młoda dziewczyna. Robię zdjęcia jej i starszemu mężczyźnie. Coś zaczyna mówić o bakszyszu, ale ją zbywam. Przechodzę przez bazar ( parę fajnych zdjęć ). Przy Bab-Al.-Yaman jakieś dwie kobiety śpiewają i grają na dość dużym bębenku / tamburynie. Kategorycznie mówią, żeby nie robić im zdjęć, choć ja tylko stoję. Wracam do hotelu, po drodze aby kupić wodę muszę chwilkę szukać otwartego sklepiku . Po krótkim odpoczynku, idziemy z Olą do Muzeum Wojska oraz wypłacić Sanaa pieniądze z bankomatu. Sanaa Pan w recepcji mówi nam, Sanaa że mamy do zapłacenia 7500 riali ( jakby nie liczył bieżącego dnia, choć mu mówimy, że chcemy zostać do północy ). Zamawiamy taksówkę za lotnisko na 24:00 za 1500 riali. Wstęp do Muzeum Wojska kosztuje 200 riali od osoby ( wzrost o 100 % w stosunku do cen z przewodnika ). Przed wejściem sprawdzają nam plecaki i informują, że w środku nie można robić zdjęć. Oglądamy najpierw fragmenty poświęcone prehistorii i starożytnej historii Jemenu, Sabeańczykom, a potem te dotyczące historii nowożytnej. Ola źle się czuje, słabo jej, odpoczywa na krześle ( prawdopodobnie to efekt brania doksycykliny na pusty żołądek ). Wychodzimy z muzeum, próbujemy skorzystać z bankomatu na Meidan Al.-Tahrir, ale nawet nie chce przyjąć kart ( pisze, że ma zły numer ). Idziemy do baru owocowego „Al.-Asdeqa”, gdzie Ola zjada kupioną wcześniej bułkę ( popijając ją herbatę ), a ja zamawiam kawę i sandwicza z jajkiem – razem płacimy 110 riali. Potem idziemy do Arab Bank, gdzie jest bankomat. Ale bankomat jest chwilowo nieczynny – uzupełniają pieniądze. Czekamy wraz z kilkorgiem innych ludzi, którzy się mocno niecierpliwią. Jeden pan puka w bankomat, mówi do dziury skąd wychodzą pieniądze. My w końcu idziemy do hotelu. Po krótkim odpoczynku, Ola zostaje w pokoju, a ja idę do banku. Bankomat nadal jest nieczynny, chodzę więc sobie główną ulicą Al.-Zabayuri,  w nadziei, że znajdę bank z bankomatem, ale jest tylko National Bank o Yemen bez bankomatu. Mijam sklepy z miodem, Uniwersal Travel & Tours ( którego tak szukaliśmy na początku pobytu w Sanie ) Spotykam paru turystów i młodego człowieka, który też czekał przy bankomacie i teraz daje znać, że tenże już działa. Wracam – bankomat faktycznie działa, ale chce mi wypłacić tylko w dolarach ( minimum 100 dolarów ). Szukam innego bankomatu i znajduję przy Banku Narodowym. Ten nie chce mi wypłacić z żadnej karty, każe się skontaktować z wystawcą karty. Rezygnuję, idę do kantoru i wymieniam 50$ na 30$ i riale – bez żadnego problemu. Wracam do hotelu. Okazuje się, że pan w recepcji chce teraz 10 000 riali za cztery noce, bo już jest po 11:00 . Jestem na niego wściekły - trzeba będzie jeszcze wymienić pieniądze. Podobno taksówka na wieczór jest zamówiona. Odpoczywamy, a potem idziemy na miasto. Kupujemy chusteczki higieniczne ( Ola ma katar ) – 10 paczek za 150 riali. Potem ostatni raz odwiedzamy Midan Al.-Tahrir, robimy zdjęcia i idziemy na Stare Miasto. Zagłębiamy się mocno w rejony „nieturystyczne”, trochę błądzimy, Sanaaidziemy obok siedziby Sanaa - suk policji ( zakaz robienia zdjęć ).. Przechodzimy koło Bab Al.-Yaman , a potem przez uliczki Starego Miasta do restauracji „Palestine” Zamawiamy ½ i ¼ kurczaka ( dostajemy dwie połówki ), sałatkę, herbatę dla Oli i colę dla mnie. Wszystko smaczne, dostajemy dodatkowo warzywa, płacimy 1000 riali. Potem idziemy jeszcze do baru owocowego na kawę i sok ananasowy ( dosładzany ). Robimy sobie ostatnie zdjęcia w Jemenie – przed barem owocowym i luksusowym hotelem „Taj Sheba”. W naszym hotelu recepcjonista twierdzi, że za taksówkę trzeba będzie zapłacić 2000 riali, postanawiamy , że sami złapiemy jakąś z ulicy. Idziemy do pokoju – myjemy się i pakujemy. Schodzimy. Recepcjonista idzie szukać taksówki. Ja też, bo trwa to za długo. Znajduję taksówkę z taksometrem, ale kierowca zgadza się jechać na lotnisko  za 1500 riali. Gdy wsiadamy do taksówki podjeżdża recepcjonista ze znalezioną taksówką – przykro nam, ale .... Bez problemu dojeżdżamy na lotnisko. W terminalu długo czekamy – wyjeżdżają spotkani wcześniej Czesi z rowerami i ci którzy nie mają pokrowców muszą pakować rowery w folię. Resztkę pieniędzy, która nam została wydajemy na colę i kawę ( po 200 riali – zdzierstwo ). Samolot ma opóźnienie – ponoć z powodu ładowania cargo. Nam się jednak wydaje, że z powodu opieszałości obsługi ( na przykład żołnierza przybijającego pieczątki w paszporcie ). Odlatujemy około 2:30 w nocy. Siedzenia w samolocie są niewygodne i nie odchylają się, mimo to trochę śpimy. Rano jesteśmy w Stambule.

 

Napisz do mnie  :  mail<wytnijtoooo>@zoch.pl

Reklama
Mazury Mielno noclegi Łeba noclegi

Etykiety piwne z różnych krajów Rok 1999 - przez Rosję i Chiny do Bangkoku Rok 2000 - w krainie Inków Marzec 2001 - Berlin i Hanower Maj 2001 - w siedem dni dookoła Syrii Sierpień 2001 - krótka wizyta w Pradze Jesień 2001 - w kolebce ludzkości Sierpień 2002 - Lwów Jesień 2002 - śladami Stasia i Nel - Sudan Egipt Jordania Miasto nad Newą Wilno Jesień 2003 - znowu w Azji Birma Tajlandia Laos Turcja i Iran 2004 Ojców i Kraków Holandia 2004 Londyn 2004 Warmia i Mazury 2005 Afryka 2005 Zdjęcia Kalifornia - maj 2006 Zdjęcia Belgia - maj 2006 Zdjęcia Berlin - lipiec 2006 Zdjęcia Rzym, Watykan, Mediolan - sierpień 2006 galerie Jemen Stambuł południowe Indie luty 2007 Azja 2007 - Jemen, Stambuł, południowe Indie Zdjęcia Norwegia czerwiec / lipiec 2007 podróż do Norwegii czerwiec / lipiec 2007 Zdjęcia Barcelona listopad 2007 Zdjęcia Petersburg kwiecień 2008 Zdjęcia Indonezja , Dubaj , Zurich kwiecień / maj 2008 Zdjęcia Rzym - sierpień 2008 podróż 2008 Indonezja , Dubaj , Zurich kwiecień / maj 2008 podróż 2009 Gwatemala , Honduras , Belize luty / marzec 2009 Zdjęcia Portugalia - wrzesień / październik 2008 Etykiety piwne z różnych krajów Rok 1999 - przez Rosję i Chiny do Bangkoku Rok 2000 - w krainie Inków Marzec 2001 - Berlin i Hanower Maj 2001 - w siedem dni dookoła Syrii Sierpień 2001 - krótka wizyta w Pradze Jesień 2001 - w kolebce ludzkości Sierpień 2002 - Lwów Jesień 2002 - śladami Stasia i Nel - Sudan Egipt Jordania Miasto nad Newą Wilno Jesień 2003 - znowu w Azji Birma Tajlandia Laos Turcja i Iran 2004 Ojców i Kraków Holandia 2004 Londyn 2004 Warmia i Mazury 2005 Afryka 2005 Zdjęcia Kalifornia - maj 2006 Zdjęcia Belgia - maj 2006 Zdjęcia Berlin - lipiec 2006 Zdjęcia Rzym, Watykan, Mediolan - sierpień 2006 galerie Jemen Stambuł południowe Indie luty 2007 Azja 2007 - Jemen, Stambuł, południowe Indie Zdjęcia Norwegia czerwiec / lipiec 2007 podróż do Norwegii czerwiec / lipiec 2007 Zdjęcia Barcelona listopad 2007 Zdjęcia Petersburg kwiecień 2008 Zdjęcia Indonezja , Dubaj , Zurich kwiecień / maj 2008 Zdjęcia Rzym - sierpień 2008 podróż 2008 Indonezja , Dubaj , Zurich kwiecień / maj 2008 Zdjęcia Portugalia - wrzesień / październik 2008 Zdjęcia Gwatemala , Honduras i Belize - luty / marzec 2009 Zdjęcia Prowansja - czerwiec 2009 Zdjęcia Paryż - lipiec 2009 Zdjęcia Supraśl - październik 2009 Zdjęcia Orissa , Bangkok , Birma - luty / marzec 2010 Zdjecia Oman , ZEA ( Dubaj ) - styczeń 2011 podróż 2009 Gwatemala , Honduras , Belize luty / marzec 2009 podróż 2010 Orissa , Bangkok , Birma luty / marzec 2010 Zdjęcia Praga Biebrza Roztocze Pólnocne Włochy - Toskania - 2010 Zdjęcia Kraków - 2011 Zdjęcia Narew - 2011 Zdjęcia Poznań - 2011  podróż Oman , Zjednoczone Emiraty Arabskie styczeń 2011

Barcelona 2007 Belgia 2006 Berlin 2006 Gwatemala Honduras i Belize 2009 Indie 2007 Indonezja 2008 Jemen 2007 Norwegia 2007 Paryż 2009 Petersburg 2008 Portugalia 2008 Prowansja 2009  Rzym 2008 Stambuł 2007 Supraśl 2009 USA Kalifornia 2006 Włochy 2006  Orissa Bangkok i Birma 2010 Zdjecia Oman , ZEA ( Dubaj ) - styczeń 2011 Praga 2010 Biebrza 2010 Roztocze 2010 Północne Włochy i Toskania 2010 Kraków 2011 Narew 2011 Poznań 2011