południowe Indie
Strona domowa W górę

południowe Indie

galeria zdjęć z południowych Indii

12.12.2007 Bombaj - dworzec Wiktorii Lot Turkish Airways ze Stambułu dobiega końca. Rano dostajemy po bułeczce z serem. Lądujemy w Bombaju. Wychodzimy do rękawa, a potem długim korytarzem do kontroli paszportowej. Bez problemów ja przechodzimy i szybko też dostajemy nasze bagaże. Przechodzimy przez kontrolę celną, oddając wcześniej wypełnione w samolocie karteczki, że nie przywieźliśmy nasion itp. Okazuje się, że większość kantorów była przed kontrolą celną – chcę się wrócić, ale celnicy mi nie pozwalają. Wymieniamy więc pieniądze w Thomas Cook po kursie 42,50 rupii za dolara ( minus prowizja 130 rupii ), za 100 $ dostajemy 4120 rupii. Bierzemy taksówkę „przedpłaconą” do naszego hotelu ( 390 rupii ). Mały, czarny samochodzik wiezie nas około 45 minut, min. przez slumsy, gdzie ludzie śpią na ulicy. Bombaj - fontanna Flory W naszym hotelu 
( wcześniej zarezerwowanym i opłaconym przez internet ) już na nas czekają – dostajmy pokój bez problemu. Boy, który nas odprowadzał chyba liczył na jakiś napiwek, ale nic nie dostał. W lodówce butelka z wodą, ale chyba kranówa bo nie zamknięta i śmierdziała chlorem. Idziemy spać. Wstajemy o 9:30, zamawiam śniadanie ( w cenie pokoju )- kanapki wegetariańskie, omlet i dwie kawy. Człowiek z obsługi, który przyniósł śniadanie do pokoju, też liczył na napiwek. Po posiłku wychodzimy na miasto. Korzystamy z Internetu – musimy podać swoje dane z paszportu ( prawo antyterrorystyczne po zamachach w Bombaju ). Dzwonię do linii
Go Air – ponoć wszystko z naszym lotem i biletem jest OK. Idziemy na główna ulicę Bombaj - Uniwersytet Colaba ( duży ruch ). Potem zaczynamy szukać biura linii „Turkish Airlines”, aby potwierdzić nasz bilet powrotny. Znajduje się ono na ulicy Marine Drive, nad oceanem. Musimy sporo pytać, ale w końcu udaje nam się odnaleźć biuro i potwierdzić. Po załatwieniu tej sprawy idziemy zwiedzać miasto. Pijemy sobie cole w sympatycznej kafejce ( 20 INR za dużą butelkę ). Postanawiamy znaleźć jakiś tańszy hotelik na dzień przed wylotem do domu. Idziemy na internet i szukamy namiarów – po godzinie mam wreszcie adresy. Sprawdzamy hotelik Benazeer ( blisko Residency Hotel – 1040 INR za dwójkę, trzeba zapłacić, aby zarezerwować), potem City Palace ( za drogi ) i wreszcie Oasis ( 1065 za dwójkę „standard”, są jeszcze droższe „luxury”, ale zarezerwowane sporo naprzód ). W „naszym” pokoju okna wychodzą na budynek obok, w lepszych na ulicę. Rezerwujemy hotel, płacąc kwotę za nocleg. Na naszej liście był jeszcze hotel „New Bengal”. Możemy wreszcie zwiedzać. - idziemy na dworzec kolejowy VT Victoria Terminus, teraz CST ( Chhatrapati Shivaji Terminus ) – ogromy, z mnóstwem ludzi. Potem idziemy trasą z przewodnika – katedra św. Tomasza ( odźwierny zapala nam światła, chce nam sprzedać folder ze zdjęciami wnętrza kościoła ), fontanna Flory, sądy, uniwersytet, inne budynki z XIX wieku, aż dochodzimy do Bramy Indii ( „Gateway of India” ). Robi się późno, pojawiają się komary, wracamy do hotelu aby posmarować się środkiem na komary, odpoczywamy. Idziemy do restauracji „Delhi Darbar”. Mimo zepsutej klimatyzacji ( zamiast są wentylatory ) jest tam całkiem przyjemnie, jedzenie dobre, choć drogie ( płacimy 390 INR + 10 INR napiwku ). Przed snem idziemy na piwo do „Cafe Mondegar” ( dwa kufle piwa Kingfisher z beczki 185 INR łącznie z dodatkowymi 10% za klimatyzowaną salę ). W recepcji czekała na mnie przesyłka od agencji w której rezerwowałem hotel przez Internet – list od managera, foldery itp., całkiem miłe.
13.02.2007  Wychodzimy, kupujemy wodę i zaczynamy negocjować z taksówkarzami przejazd na lotnisko. Bombaj - Brama Indii Proponują nam duży samochód za 500 INR, ale nam takowy niepotrzebny. W końcu znajdujemy taksówkę za 300 INR na dworzec krajowy. Jedziemy dość długo, przedzierając się przez korki, inną trasa niż w nocy z lotniska. Widzimy meczet, do którego dochodzi się groblą przez wodę. Dojeżdżamy  na lotnisko sporo wcześniej. Okienko do odprawy naszego lotu do Kochin jest jeszcze zamknięte. Czytamy gazety ( dostępne za darmo ), wymieniam pieniądze ( słaby kurs – 42,5 INR za 1$ minus 2% prowizji  ). Oddajemy bagaże, w sumie 32 kg, ale nie każą nam nic dopłacać. Najpierw musimy je prześwietlić ( „security check”, zauważają noże, ale się nie czepiają ), aby dostać naklejkę i oddać je na stanowisku linii lotniczych. Potem idziemy przez bramki – dziwaczni wojskowi sprawdzający plecaki i dający podstemplowane karteczki, że bagaże zostały sprawdzone. Idziemy do bramki. Mamy dużo czasu i fajne miejsca do leżenia. Czytamy prasę. W budynku nic ciekawego nie ma, może oprócz automatu sprzedającego czasopisma, w tym czasopismo dla panów z paniami dość mocno ... ubranymi. Nasz samolot ma opóźnienie – teoretycznie 15 minut, w praktyce wychodzi 40 minut ( za późno przyleciał ). Gdy wsiadamy żołnierz z karabinem sprawdza nasze bilety i czy każdy bagaż ma podstemplowaną karteczkę z security. Wreszcie wsiadamy i lecimy. Lot w miarę OK., dają wodę, można kupić kanapki.

Lądujemy przedstawienie Kathakali - malowanie w Kochin, przechodzimy na piechotę przedstawinie Kathakalido budynku przedstawinie Kathakali terminala  ( musimy pokazać karty pokładowe, bo część pasażerów leci dalej do Combinatore i ci nie mogą wysiąść w Kochin ). Idziemy do stanowiska pre-paid taxi. Wydaje mi się ,że słyszę, że taksówka kosztuje 266 INR. Gdy już zamówiłem okazuje się, że cena to 466 INR. Trudno – jedziemy. Lotnisko położone jest dość daleko od miasta. Jedziemy do Marple Regency, polecanego przez kogoś w Internecie. Bierzemy tani pokój z wiatraczkiem za 440 INR ( 100 INR zwrotnego depozytu ). Gdy się tylko rozpakowujemy idziemy do położnego niedaleko Tourist Desk Information Counter i zapisujemy się na następny dzień na wycieczkę po kanałach ( „backwaters” ) na 10: Biorę też telefon do gancji wynajmu samochodu ( myślimy o przejechaniu do Munar, a potem do Madurai wynajętym samochodem z kierowcą ) oraz dowiaduje się o występy Kathakali ( tradycyjny taniec z Kerali ). Postanawiamy na nie jechać – motoriksza zawozi nas za 25 INR. Za wstęp płacimy 125 INR. Najpierw obserwujemy malowanie się aktorów, a potem odgrywana jest jedna scena z obszernymi komentarzami. Pan prowadzący sporo opowiada o historii tańca, znaczeniu poszczególnych gestów. Przedstawienie jest bardzo ciekawe. Wracamy za 30 INR w okolice naszego hotelu. Idziemy do Bijous Tourist Home zapytać do wynajem samochodu ( pan gdzieś dzwoni i mówi, że kosztowało by to około 5 000 INR ). Idziemy zjeść do miejscowej knajpki, płacimy tylko 140 INR, ale jedzenia ( zwłaszcza mięsa ) nie jest za dużo.
14.02 Oddajemy rzeczy do prania – mają być gotowe na popołudnie. Dzwonię w sprawie wynajęcia samochodu do agencji poleconej poprzedniego dnia w Tourist Desk Information Counter  - chcą 5 000 – 5 300 INR.  Idziemy na śniadanie do Indian Cofee Home - za omlet, chleb, tosty dżemem i kawę płacimy tylko 41 INR. Idziemy do biura, aby pojechać na wycieczkę . Jedziemy przez około 40 minut do miejsca,  skąd odbijają łodzie. Płyniemy niewielką łódką po wąskim kanale. Przejażdżka jest dosyć ciekawa – widzimy ptaka „Kingfisher”, życie nad wodą, węża wodnego i szczury. Wysiadamy na krótkie przechadzki – a to oglądamy przędzenie włókna kokosowego, a to zbieranie kokosów, pijemy mleczko z kokosów i jemy miąższ owoców. Wycieczkę kończymy około 13:00 i jedziemy na przystań, gdzie stoi duża łódź. Jemy tam „lunch” – posiłek jest wegetariański, ryż z różnbackwatersymi sosami i butelkowana woda do picia. Jedzenie jest smaczne, biorę dokładkę. Po jedzeniubackwaters płyniemy –backwaters najpierw dużym kanałem, potem jeziorem. Na jeziorze chwilkę stoimy, a potem wracamy. Zatrzymujemy się przy niewielkiej fabryczce wapna, które wytwarzają z muszli małż, wydobywanych z dna. Niedaleko jest też niewielka plantacja. Uprawiają tam palmy kokosowe. Z obciętego kwiatostanu plamy zbiera się sok ( zakłada się specjalne gliniane naczynie ). Ma on 1-2% alkoholu, ale pozostawiony sam sobie fermentuje i po 6 godzinach ma 10-15% alkoholu. Wyrabiano z niego arak poprzez dalszą destylację, ale teraz jest to zabronione, bo ludzie podobno ślepli od źle wydestylowanego alkoholu. Na zbieranie soku trzeba mieć specjalną licencję. Na plantacji oglądamy różne rośliny – przyprawy ( pieprz, wanilia, ... ) oraz stosowane w naturalnej medycynie ajurwedycznej. Nasz przewodnik opowiada nam o ich leczniczych właściwościach. Potem wracamy łodzią na przystań, skąd po pewnym oczekiwaniu zabiera nas samochód, do naszego hotelu docieramy około 19:40. Sprawdzamy w internecie czy są miejsca na pociąg do Madurai na następny dzień i postanawiamy jechać tam dzień wcześniej. Potem chcemy coś zjeść. Nie możemy odnaleźć knajpki z przewodnika LP ( Pandhal Restuarant ) – w miejscu gdzie powinna być trwa budowa, może ją zburzyli. Chcemy zjeść w Cheenavala Restaurant przy hotelu Yavarani, ale wygląda drogo i nie ma wolnych stolików – karzą nam czekać.  Idziemy więc do kurczakarni – wygląda jak KFC, ale gości obsługują kelnerzy. Za duży zestaw dla mnie, wegetariańska kanapkę dla Oli, colę i lody płacimy razem 309 INR.
15.02.2007 backwaters - fabryczka wapna Wstajemy rano o 7:45 i jedziemy rikszą za 25 INR na stację kolejową. W oddzielnym budynku znajdują się kasy, gdzie można zakupić bilet na miejsca objęte rezerwacją – kupujemy więc bilety na wieczorny pociąg ( klasa II AS ) za 1720 INR. Potem idziemy do kafejki internetowej, abym mógł anulować bilet zakupiony wcześniej na następny dzień ( przez internet ), jemy śniadanie w Indian Coffe House i płyniemy promem do „Fort Cochin „
( bilet kosztuje 2,5 INR/ osobę ). Po około 15 minutach jesteśmy na miejscu. Idziemy obejrzeć chińskie sieci rybackie – największą miejscową atrakcję turystyczną. Wygląda to ciekawie, aczkolwiek mam wrażenie, że podnoszą je i backwatersopuszczają czasami tylkobackwaters dla turystów ( ale może się mylę ). Pijemy napoje w jednej z kafejek przy nadbrzeżu, a potem bierzemy rikszę i za 25 INR jedziemy do muzeum –
pałacu Mattenchery ( wstęp 2 INR od osoby ) . Oglądamy piękne malowidła na ścianach – obrazujące fragmenty eposu Ramayna oraz legend. Wystawione są także przedmioty używane przez radżów Kochin – tron, lektyki, „siodło” na słonia oraz portrety władców na ścianach. Z zewnątrz pałac nie wygląda zbyt imponująco. Potem idziemy do synagogi, ale jest zamknięta o tej godzinie. Wracamy przez starą żydowską dzielnicę, obecnie zajmowaną głównie przez nastawione na turystów sklepiki, min. z przyprawami. Kupujemy pocztówki ( 4 za 200 INR ). Wracamy do Ernakulam.. Idziemy na pocztę, aby wysłać pocztówki, ale okazuje się, że o 16:30 ją zamykają po. Idziemy na przystań promową – kolejka po bilety jest długa, Ola staje więc w kolejce dla kobiet, znacznie krótszej. Daje 10 INR i nie dostaje reszty – myślała, że bilety są po 5 INR, a tu ją po prostu oszukali na pięć rupii. Po dopłynięciu na miejsce oglądamy sieci rybackie w popołudniowym słońcu, a potem kościół  św. Franciszka ( z zewnątrz, bo już jest zamknięty ). Robię zdjęcia o zachodzie słońca, wpuszczają mnie nawet na budowlę do sieci rybackiej ( potem chcą drobnego upominku ). Idziemy zjeść do „Talk of the town” – fajna knajpka i fajne jedzonko . Zamawiamy herbatę ( dzbanek ) i dostajemy herbatę z mlekiem ( na mleku ). Ola mówi, że to nie to co zamawialiśmy, kelner oponuje, ale w końcu wymienia go zabiera  Kolacja kosztuje nas 306 INR + 14 INR napiwku. Wracamy na przystań, a potem promem ( mało ludzi ) do Ernakulam. Szukamy kafejki internetowej „WebKochin - rybacy Drems”, ale nie możemy jej znaleźć. Idziemy więc do kawiarni „Cofee Beanz” z klimatyzowanym wnętrzem i fajnymi Kochin - chińskie sieci napojami, choć dosyć drogiej ( dwa napoje z kawy i napój z limonki  - 150 INR ). Wracamy do hotelu, odbieramy bagaże i jedziemy autorikszą za 30 INR na dworzec. Nasz pociąg odjeżdża z z około 20 minutowym opóźnieniem. Dostajemy prześcieradło, poduszkę, prześcieradło i koc do nakrycia się. Niestety mamy miejsca  na łóżkach z boku wagonu – węższe i mniej wygodne. Zasłaniamy łóżka firankami i idziemy spać. Kochin - chińskie sieci

16.02.2007 pałac Tirumlai Nayak Budzę się rano w pociągu. Spałem całkiem Madurai Ok., świątynia Sri Meenakshi - słoń tylko około 2 w świątynia Sri Meenakshi nocy rozkładała się spora grupa pasażerów Hindusów obok. Na miejscu jesteśmy około 11:00. idziemy szukać hotelu. Bierzemy pokój w hotelu Supreme z klimatyzacją za 1040 INR + podatek. Po krótkim odpoczynku wyruszamy na miasto. Na poczcie kupujemy znaczki ( 24 INR za cztery znaczki ) i wysyłamy kartki. Odwiedzamy też kafejkę z całkiem szybkim Internetem. Jemy w Divar Mahal Restaurant a potem zwiedzamy – najpierw „Tirumalai Nayak Palace  ( wstęp 50 INR, robienie zdjęć 30 INR ). Trudno nam było znaleźć to miejsce – mapa w przewodniku LP była dość niedokładna, trzeba dojść dalej niż z niej wynika. Pałac robi duże wrażenie – ogrom, pustka, ciekawe detale, a przecież zachowała się tylko część budowli. Wracamy do położonej niedaleko naszego hotelu świątyni „Sri Meenakshi”. Przed wejściem trzeba przejść przez bazar, a potem każą zdjąć buty i przejść przez bramkę do wykrywania metali. Nie podobają się im moje szorty, choć przede mną Hindusi wchodzą w krótkich spodenkach, więc po wymianie zdań wpuszczają nas. Obchodzimy świątynię wokół ( jest ona trochę dziwna – sklepiki, błogosławiący słoń ), szukamy Muzeum Sztuki Świątynnej, ale nie znajdujemy. Po opuszczeniu świątyni, idziemy coś zjeść, znowu do restauracji Divar Mahal Restaurant . Wracamy do hotelu i w hotelowej restauracji pijemy piwo Sand Piper ( 94 INR za butelkę  0,75 ). Jem sałatkę owocową z lodami za 50 INR ( mała ).
17.02.2007 Wychodzimy ok. 10.00. Pijemy kawę (6,5 INR w metalowym kubeczku) w miejscowej restauracji. Bierzemy motorowa rikszę do Muzeum Gandhiego za 40 INR. Rikszarz namawia nas, że zawiezie nas w obie strony za 80 INR, ale nie chcemy. Do muzeum wstęp jest bezpłatny, jest opłata za pranie nad rzeką aparat 30 INR, ale ja nie chcę robić zdjęć. Madurai Najpierw oglądamy prezentację historii kolonizacji Indii i walki o niepodległość, a potem historię życia Gandhiego, przedmioty, których używał lub ich kopie (naczynia, buty, itp.) oraz książki które napisał i korespondencja. Główny eksponat to zakrwawiona szata w której go zabito, umieszczona w szklanej gablocie w ciemnym pokoju. Część wystawy poświęcona Gandhiemu dość ciekawa, reszta taka sobie i kiepskiej jakości – ekspozycja nie odświeżana chyba od dawna. Robimy zakupy – jedwabne sari za 495 INR i 3 metry jedwabnego materiału po 80 INR za metr. Wracamy do hotelu na piechotę. Przechodzimy przez jeden z kilku mostów przerzuconych nad częściowo wyschniętą o tej porze roku rzeką. Widzimy ludzi piorących i kąpiących się w płytkich rozlewiskach. Ciekawe są niskie mostki z otworami na przepływ wody, które chyba są zalewane w czasie wysokiego stanu rzeki. Droga nam się dłuży, jest upał, trochę błądzimy... W końcu dochodzimy do hotelu. Po drodze pijemy jeszcze lime with soda za 30 INR w Divar Mahal Restaurant. Idę na internet – 20 min. za 20 INR, dość szybki.. Po południu wjeżdżamy na taras hotelu i robimy zdjęcia świątyni i miasta z wysokości. O 16.30 idziemy do świątyni Sri Menakshi – tym razem trafiamy bez większych problemów. Znowu sprawdzają nasze plecaki – trzeba je otworzyć i przejść przez bramkę do wykrywania metalu. Tym razem włożyłem długie spodnie, a buty chowamy do plecaka ( i skarpetki, bo w nich też nie wolno wchodzić do świątyni ). Idziemy do Muzeum Sztuki Świątynnej ( 5 INR odo osoby, 25 INR za wniesienie aparatu fotograficznego i 250 INR za wniesienie kamery wideo ). Oglądamy ciekawą salę tysiąca filarów z posągami bogów hinduskich. Kontrolują nasz aparat fotograficzny i dopytują się czy to aparat, czy kamera. Pobierają nawet opłaty za komórkę z aparatem. Po wyjściu ze świątyni trochę chodzimy po bazarze, oglądamy różne materiały, a potem idziemy na ulicę niedaleko stacji kolejowej – szukamy sklepów z rękodziełem. Według Przewodnika powinny być takie sklepy jak Poompuhar, Khadi Bhavan, Kerala Handicrafts. Znajdujemy tylko Poompuhar, ale nic nam się tam nie podoba. Idziemy zjeść znowu do Divar Mahal Restaurant. Nie dałem napiwku ( nie było kawy, obsługa była powolna, wcześniej kilkakrotnie dawałem w tym lokalu, no i w ogóle ), a pan kelner przyszedł z pretensjami, że co prawda rachunek opłacony, ale gdzie „tip”. Nic nie powiedziałem, poszliśmy sobie po prostu. Zaszliśmy do położonego niedaleko Handicrafts Emporium. Już prawie zamykali ( czynni do 20:00 ), świątynia Sri Meenakshi - sala tysiąca kolumn - rzeźba byka Nandiświatynia Sri Meenakshi - sala tysiąca kolumn ale jeszcze kupiliśmy trochę prezentów ( ładne drewniane pudełka za 150-250 INR, tacki po 150-200 INR i inne rzeczy ). Obsługa bardzo miła, pogadali sobie z nami, oglądali nasze przewodniki.. W recepcji pytamy się o dojazd do Tiruchirappali – starszy pan poleca pociąg – o 9 lub 11, a młodszy mniej zatłoczone autobusy. Taksówka na dworzec autobusowy podobno ma kosztować 60 INR. W hotelu idziemy na piwo.. Dają nam przegryzkę do piwa, ale jest bardzo pikantna.
18.02.2007 Wstajemy około 8:00 rano i po umyciu się i dopakowaniu opuszczamy pokój. Płacimy za pobyt – mimo nalepek nie można płacić kartą, tylko gotówką – rupiami, dolarami, euro. Pan chce doliczyć jakieś dwie kawy, ale rachunek za nie ma inny podpis. Potem liczą nam z a trzy noce, a nie za dwie. W końcu udaje mi się zapłacić – 2470 INR za dwie noce, z 12,50% podatku. Bierzemy autorikszę za 60 INR na dworzec autobusowy. Jeszcze nie zdążyliśmy wysiąść, a już pojawia się naganiacz, który namawia nas na autobus do Tiruchirappali
( Trichy ), który podobno odjeżdża wkrótce. Idziemy do jakiejś agencji turystycznej na dworcu, sprzedającej także bilety autobusowe. Hindus proponuje nam albo autobus na zwykły autobus ( jadący 3 h ) za 60 INR, albo deluxe ( klimatyzowany , jadący 2,5 h ) za 100 INR ( opuszcza do 95 INR ). Od razu coś mi się nie podoba, bo na karteczce pisze nam rachunek –
cena + opłata za rezerwację + prowizja. Gdy chcemy biletu prowadzi nas do jakiegoś sklepiku, rozmienia pieniądze i wydaje nam resztę, a później do zwykłego autobusu, który co prawa ma napis „express”, ale ani nie jest klimatyzowany ani nie ma wygodnych siedzeń. Już w autobusie Ola zaczyna żądać zwrotu pieniędzy. Wychodzimy, sprzedawca chce potrącić prowizję, wkurzam się, zaczynam krzyczeć i wołać policję. Oddaje nam wszystkie nasze pieniądze. Chodzimy trochę po dworcu, pytamy się o jakieś kasy biletowe, ale bilety kupuje się przy autobusie. Wracamy do tego samego autobusu, kierowca nie jest zadowolony, coś tam mówi ( chyba był w jakiejś komitywie z tym człowiekiem z agencji ), ale sprzedawca biletów mówi nam, że to właściwy autobus, bilety są po 49 INR i żebyśmy wsiadali, bo zaraz ruszamy. Wsiadamy, plecaki kładziemy na tylne siedzenia, płacimy po 49 INR od osoby. Autobus jest tylko częściowo zapełniony, ludzie się dosiadają po drodze. Kierowca pędzi jak szalony, wyprzedza na zakrętach itp. W 2,5 h jesteśmy w Tiruchirappali ( Trichy ).

Tiruchirappalli świątynie na skale - świątynia Vinayaka Idziemy szukać hotelu. Obok siebie są droższy „Mathura” ( „midrange” wg. Przewodnika LP ) i tańszy „Meega” ( „budget” wg. Przewodnika LP ). Wybieramy „Meega” w cenie 550 INR za dwójkę z klimatyzacją. Płacimy za dwie doby  z góry. Niestety są karaluchy, Ola się boi. Thanjavur - świątynia Bridishwara - kwiaty we włosach Oli Po odpoczynku postanawiamy jechać na zwiedzanie. Idziemy na stację autobusową, położoną niedaleko hotelu. Autobusem numer 1 ( 3 INR od osoby ) jedziemy do świątyni Rock Fort Temple. Wysiadamy koło kościoła Matki Boskiej z Lourdes. Potem przechodzimy do wejścia do świątyni hinduistycznej. Przed wejściem jest rodzaj bazaru. Wchodzi się po schodach w środku góry. W pewnym momencie trzeba zdjąć buty, jest tam przechowalnia.  Namawiają nas na donację na donację na karmienie biednych ( codziennie o 12:15 jest karmionych 1500 biednych ). Wchodzimy na szczyt. Podziwiamy widoki. Rozmawiamy z turystami z Malezji i Singapuru, którzy przyjechali na odpoczynek, bo mają wolne z okazji chińskiego Nowego Roku ( jeden tydzień ). Do sanktuarium nie można wejść, nawet nie można robić zdjęć.. Wracamy w okolice kościoła Matki Boskiej z Lourdes i autobusem numer 1 ( 3 INR od osoby ) jedziemy dalej do świątyni Sri Ranganathaswamy. Wysiadamy przed samym wejściem do świątyni. Jest ona ogromna, przy bramach są liczne sklepiki i kramy. Mury wyznaczają kolejne kręgi świątyni. W pewnym momencie trzeba zdjąć buty. Na dodatek nie pozwalają ich wsadzić do plecaka, a przechowalnia jest tak położona, że trzeba przejść po brudnym piachu. Za fotografowanie trzeba zapłacić 50 INR. W środku chodzimy dookoła najbardziej wewnętrznego sanktuarium ze złoconą kopuła, do którego nie-Hindusi wejść nie mogą. Chodzimy więc po terenie. Chcemy wejść na View Point – długo nie ma kogoś kto by nam otworzył. Wreszcie się zjawia, kupujemy bilet za 10 INR. Idziemy – ładne widoki. Gdy schodzimy, człowiek który nam otwierała kłódkę na View Point chce jakiś pieniędzy, ale mu nic nie dajemy ( wykupiliśmy przecież bilety ). Wychodzimy ze świątyni, idziemy szukać autobusu. Idziemy na coś w rodzaju postoju / pętli autobusów. Wsiadamy do pierwszego odjeżdżającego autobusu, który jedzie podobno tam , gdzie  chcemy ( bodajże numer 79 ). Bilety są po 4 INR, ale jakiś miły pan nam funduje i instruuje biletera, gdzie nas wysadzić.. Idziemy do hotelu, a potem zjeść kolację. Napotykamy knajpkę o nazwie „Banana Leaf”, o nazwie takiej jak knajpka opisana w przewodniku LP, ale położonej w zupełnie innym miejscu. Wchodzimy. Jemy – jedzenie nie jest  może wspaniałe, ale może być. Płacimy około 200 INR. Obsługa jest dość powolna, nie mają „lemon soda”. Kupujemy wodę ( duża 2 l – 10 INR )  oraz dość dobre , słodkie banany ( 4 sztuki, 1,5 INR za sztukę, ceny podawali w paise  i wmyślałem, że chodzi o 15 INR Thanjavur - świątynia Bridishwara - dziewczyny za sztukę ) i wracamy do hotelu. Walczymy z karaluchami i idziemy spać.
Thanjavaur - świątynia Bridishwara19.02.2007 Idziemy na stację autobusową, na autobus do Thanjavur – 17,5 INR odo osoby ( 35 INR za dwie osoby ). Jedziemy na miejsce około 1,5 h. Ze stacji autobusowej ( poza miastem ) bierzmy autorikszę do świątyni Brihadishwara. ( 50 INR, podobno stała cena, rikszarz  nie chciał zejść z ceny ).  Świątynia jest bardzo ciekawa, stara, mniej modlących się. Przed wejściem Ola kupuje kwiatki i wpina we włosy ( 10 INR ) – ładnie wygląda, kwiatki ładnie pachną. Buty zdejmuje się przed ostatnią bramą. Chodzimy po kompleksie. Przed wejściem do sanktuarium bierzemy świeczki i składamy ofiarę na świątynię – 10 INR. Ola dostaje kropkę na czole. Można wejść do sanktuarium wewnętrznego i złożyć ofiarę Ola zapala świeczki z boku przed jakimś posągiem. Chwilę krążymy po świątyni. Jest oczywiście i słoń świątynny – można dawać mu jedzenie, albo za 10 INR się z nim fotografować, oraz ogromna statua byka Nandi, niestety trochę zeszpecona przez konstrukcję do ubierania go w białą szatę. Idziemy do pałacu królewskiego. Wchodzimy do kompleksu pomieszczeń – chyba muzeum. Niezbyt ciekawe. Pan chce od nas bilet, którego nie mamy, musimy iść kupić. Te pomieszczenia niezbyt nam się podobały, więc nie za bardzo Durbar Hall – salę audiencyjną króla. Dość ciekawa, choć mocno zaniedbana. Nie wchodzimy do muzeum ( dodatkowo 1 INR ), ani do Art. Gallery ( 15 INR dla cudzoziemców + 30 INR za aparat fotograficzny i 200 INR za kamerę wideo ). Wchodzimy do Bell Tower ( dzwonnica, w cenie biletu ), idziemy po krętych, wąskich i śliskich schodach z niskim stropem – trzeba uważać na głowę. W zabudowaniach pałacu mieści się straż pożarna i policja, a przed wejściem stoi dziwna Thanjavur - świątynia Bridishwara statua Thanjavur - świątynia Bridishwara - detal człowieka , pozostała po wystawie artystów z 1954 r. Opuszczamy pałac, zachodzimy do sklepu z pamiątkami ( bardzo drogo ) i idziemy zjeść do Sethors ( z przewodnika LP ). Fajna knajpka  - dobre jedzenie, choć kurczak może trochę żylasty. Dobra „lemon soda”. Ja biorę podwójną porcję kurczaka – kebaba. Płacimy 250 INR za dwie osoby. Jeszcze przekonuję Olę, aby pójść znowu do świątyni Brihadishwara, porobić zdjęcia. Ale są chmury, nie za bardzo jest jak robić zdjęcia. Zdejmujemy buty i chodzimy trochę. Gdy wychodzimy pojawia się słońce. Zdejmuję znowu buty. Ola je pilnuje, a ja biegnę robić zdjęcia. Ale robię tylko zdjęcie bramy wejściowej, świątyni nie zdążam – słońce znika. Ola zgadza się jeszcze poczekać – słońce w końcu wychodzi i robię zdjęcia. Wracamy autorikszą na stację. Na stacji autobus już czeka, tym razem płacimy 10,5 INR  od osoby– dziwne, inna cena niż za dojazd do Thanjavur. Część drogi stoję, bo nie ma miejsc siedzących. Ale ktoś wysiada i mnie wpuszcza. Jest nawet film na wideo – o dzielnym policjancie, pięknej nauczycielce matematyki informatyki, miłości z elementami łubu-dubu. Po powrocie postanawiamy poszukać pokoju w innym hotelu ( ze względu na karaluchy ) – sprawdzamy hotel Aanand i Mathura. , ale wszędzie są karaluchy. Zostajemy w hotelu Meega. Po odpoczynku wychodzimy cos zjeść. Najpierw idziemy do restauracji „The Peaks of Kunlun”. Mieści się ona przy dość eleganckim hotelu „Jenney`s”. Maja tam piwo po 110 INR oraz bufet po 225 INR ( z podatkiem ). Decydujemy się tylko wypić piwo. Jest ono dobrze schłodzone ( „King Fisher” ). Płacimy i idziemy zjeść do Vincent`s Garden. Miejsce jest fajne w ogródku ( zapalają nam kadzidełko antykomarowe ). Zamawiamy kurczaka, warzywa  i piwo ( 100 INR ). Dostajemy piwo w kubeczkach blaszanych. Okazuje się, że nie mają koncesji na sprzedaż alkoholu i dają nam w ten sposób – nie mogą dać butelki.  Na naszą uwagę, że oczekiwaliśmy butelki donoszą jeszcze jeden blaszany kubek z piwem i mówią, że cena to  80 INR. Zamówionego kurczaka dostaję w malutkiej ilości – jak dla małego dziecka lub krasnoludka. Na naszą interwencję tłumaczą, że skończyło się paliwo w kuchni i że dostaniemy jeszcze kurczaka. Po dłuższym czekaniu dostaję więcej kurczaka, a Ola zamówione warzywa. Jedzenie jest smaczne, ale ogólnie nie za dużo. Szef tłumaczy, że są po dużej imprezie, którą przygotowywali i stąd te pomyłki. Nie jesteśmy zadowoleni. Obsługiwał nas starszy pan – ten kelner był bardzo sympatyczny i miły, ale nie za dużo mówił po angielsku. Główny szef dobrze mówił po angielsku, gawędził z turystkami przy sąsiednim stoliku, które były najwidoczniej zadowolone z jedzenia i obsługi w jego restauracji. My Tiruchirappalli - świątynia Sri Raganathswamy nie i wpisaliśmy Tiruchirappalli - świątynia Sri Raganasthwamy to do książki restauracji ( dali nam ją do wpisu, choć powiedzieliśmy, że nasz wpis będzie krytyczny ). Walczymy z prusakami. Rano Ola powiedziała obsłudze o karaluchach, mieli czymś pryskać, ale efekty są średnie.
20.02.2007
Musimy się wymeldować do 12:00. Idziemy na stację kolejową, potwierdzić bilety. Wracamy, odpoczywamy,  zjeżdżamy windą do recepcji, oddajemy klucze bojowi hotelowemu, zostawiamy plecaki  w pokoiku obok recepcji. Płacimy za pranie ( 206 INR ), ale chcą jakiś pieniędzy za wodę lub kawę przyniesioną do pokoju ( sami nie wiedzieli ), ale ponieważ nic nie zamawialiśmy, nie zapłaciliśmy. Idziemy coś zjeść w knajpce obok – 2 x czysta dosa + czarna herbata + kawa z mlekiem – 42 INR. Potem idziemy się przejść. Wydaje się mi na podstawie planu z przewodnika LP, że  niedaleko hotelu jest park, ale to „Guards Park” – tereny zielone wojska ( gwardii ) z bramą. Idziemy na Internet( 20 h / godzinę ) oraz pijemy colę w Tiruchirappalli knajpce. Trochę siedzimy w recepcji hotelu i jedziemy do świątyni autobusem numer 1 – 4 INR / osobę . Wchodzimy znowu do Tiruchirappalli - świątynia Sri Raganathaswamy świątyni. Zdejmujemy buty. Chcę zapłacić za używanie aparatu fotograficznego 50 INR, ale nie mają wydać reszty z 500 INR, choć przed chwilą jakiejś grupie Polaków wydawali. Wkurzam się i idziemy do świątyni bez biletu na aparat ( mówię, że nie będę używał ). Idę na punkt widokowy „View Point” ( 10 INR ) – tym razem jest tam sporo turystów. Jakiś Pan daje Oli jakieś roślinki ( chyba na ofiarę ) i później coś chce, ale go ignorujemy ( a może i nic nie chciał, bo go nie rozumieliśmy, niby mówił po angielsku, ale jakoś dziwnie ).. Idziemy coś zjeść do „Banana Leaf” – w sumie wydajemy około 190 INR ( z napiwkiem ). W hotelu jeszcze chwilę siedzimy i idziemy na stację. Chcieliśmy wziąć autorikszę, ale chcieli 25 INR za w sumie niewielką odległość, więc poszliśmy. Nasz pociąg już czekał. W naszym „przedziale” był jeszcze jakiś cudzoziemiec z małym bagażem i laptopem. Ruszyliśmy o czasie.

Kochin - na ulicy 21.02.2007 Podróż przebiegła spokojnie. O 5:30 byliśmy na miejscu w Kochin. Ola niestety prawie nie spała, ja w miarę. Bierzemy taksówkę na Canon Sheed Road – 40 INR stargowane z 70 INR. Po dojechaniu okazuje się, że w „Maple Residency” nie ma miejsc, a w „Saphire Tourist Home” jest tylko drogi pokój z klimatyzacją za 85 INR. Na szczęście w pobliskim „Park View” jest pokój bez klimatyzacji za 220 INR. Bierzemy go – to ostatni pokój, jacyś ludzie po nas nie dostali już miejsca w tym hotelu. Próbujemy spać – niestety jacyś miejscowi faceci gadają na korytarzu. Próbuję ich uciszać, ale nie daje to dużego efektu. Wstajemy około 9:30. Pan w recepcji kseruje nasze paszporty. My w międzyczasie idziemy do „Indian Coffee House” – 2 x kawa + kanapka z jajkiem + ciapata – 21 INR. Potem idziemy odebrać paszporty  i na miasto.. Oglądamy rękodzieło, albo kiepska jakość, albo ceny wyższe niż to co kupowaliśmy w Madurai . Podobnie z tkaninami. Kupuję 2 x 5 g szafranu za 280 INR ( inne sklepy miały drożej, każdy twierdził, że tylko ten jest oryginalny - jak jest naprawdę – nie wiem ). Płyniemy do Fort Cochin. Przy chińskich sieciach  pijemy „fresh lemon soda” ( 2 x 5 INR ). Inne soki tamże są też tanie. Idziemy do kościoła św. Franciszka – otwarty ( należy do kościoła południowych Indii ). Trzeba zdjąć buty przy wchodzeniu, więc oglądamy tylko go z „kruchty” – nie wchodzimy i nie zdejmujemy butów. Całkiem fajne wnętrze, sporo drewna. Potem jedziemy rikszą do synagogi. – 30 INR. Synagoga ciekawa ( też trzeba zdjąć buty ), ciekawa jest też wystawa o historii Żydów w Kerali – niewielu ich zostało, większość wyjechała do Izraela. Idziemy przez uliczki dawnej dzielnicy żydowskiej, obecnie są tam różne sklepy z pamiątkami itp. – dość drogie, choć mają trochę ładnych rzeczy. ( min. fajne skrzyneczki za 1000 INR, trochę żałuję, że ich nie kupiłem ). Potem idziemy fajnym uliczkami do restauracji „Talk of the Town”. Okazuj się, że jest zamknięta – czynna dopiero od 18:00. Wkurzamy się. Idziemy do przystani promowej. Po drodze wstępujemy do jakiejś knajpki przy hotelu. Ale tam jest dość drogo, więc nie jemy. Płyniemy promem do Ernakulan. Idziemy zjeść do „Bimbi`s” – takiej knajpki sieciowej. Na ulicach jest straszny tłok, tłum ludzi, którzy chyba wyszli z pracy ( rzeka ludzi, jak powiedziała Ola )., który powoduje korki samochodów, autobusów i riksz. Znajdujemy Bimbi`s Maja sekcję niewegetariańską i wegetariańską. Jedzenie jest dobre, dość duże porcje, fajny kelner. Kurczak z chlebkiem Naan dla mnie, warzywa z ryżem dla Oli, 2 x fresh lemon soda, banana lassi kosztują nas 240 INR + 10 INR napiwku, Szybko wracamy do hotelu, myjemy się i pakujemy . Gdy opuszczamy hotel recepcjonista, jest trochę zdziwiony, muszę się podpisać, że robimy „checkout”. Łapiemy autorikszę do stacji za 25 INR. Po dojechaniu na stację kolejową rikszarz chce dopłaty za bagaże, ale mu nic nie dajemy – wiedział kogo będzie wiózł. Pociąg stoi już na stacji, wsiadamy. Sporo ludzi. Niestety jest też sporo karaluchów, co powoduje zły nastrój u Oli. To klasa 3A. Nie ma zasłonek przy łóżkach, jak w wyższej klasie, dają nam po jednym prześcieradle ( o drugie muszę prosić pana od wydawania pościeli ). W wagonie oprócz nas tylko jedna biała turystka ( Austriaczka ), reszta pasażerów to Hindusi.

22.02.2007 Colva - rybacy na plaży Jeden Hindus dość głośno chrapie, Colva - zachód słońca na plaży Ola nie może spać, przenosi się na Colva - zachód słońca na plaży wolne łóżko. Ja jakoś śpię , ale w nocy wsiada nowa pasażerka, zapalają światła i budzą mnie. Rano pijemy kawę ( 2 kawy 10 INR ). Na miejscu jesteśmy o 11:00, według innych pasażerów ten pociąg często się tak spóźnia. Umawiamy się z białą turystką, że wspólnie weźmiemy taksówkę do do Colva, ale po wyjściu z pociągu ona szybko idzie do przodu i gdzieś znika. My bierzemy autorikszę za 100 INR do Vailankanni Cottages – tam chcą od nas po 500 INR za noc, jeżeli zostaniemy dwie noce. Ale pokój nie podoba się nam – taka klitka z łazienką. Idziemy do pobliskiego William Beach Resort – za pokój bez klimatyzacji  chcą  1000 INR, z klimatyzacją 2000 INR, mają pokój tylko na jeden dzień. Idziemy do jakiegoś hoteliku naprzeciwko, ale mają spartańskie pokoje bez łazienki z łazienką na podwórku. Szukamy dalej. Zachodzimy do Colva Beach Resort – dwójka bez klimatyzacji 850 INR, z klimatyzacją 1300 INR. Bierzemy pokój z klimatyzacją. Odpoczywamy, myjemy się itp. pokój jest OK., nie ma karaluchów, są tylko mrówki.  Potem idziemy zjeść. Chcemy zjeść w Sea Perl Hotel, ale są zamknięci do wieczora. Więc idziemy do Godman`s. Je jem stek pieprzowy, Ola chlebek naan i raita ( sałatkę z jogurtem ). Piwo kosztuje 50 INR.. Kupujemy wodę ( 15 INR to normalna cena na Goa ) i idziemy na plażę. Plaża jest OK, na początku sporo Hinduskich turystów, ale dalej dość pusto. Woda chłodna, są duże fale, Oli trudno pływać ( ja nie umiem J ), za to można poskakać na falach. Trochę opalamy się. Przyczepiają się do nas jacyś Hinduscy turyści – chcą zrobić sobie z nami zdjęcia. Chcemy być mili, robię im zdjęcia z Olą, ale gdy chcą robić sobie w wodzie – odmawiamy. Później znowu nas nachodzą – odmawiamy mniej grzecznie. Wreszcie idą sobie namawiać innych. Potem wracają do nas. Mówimy, że nam przeszkadzają. Idą sobie i już nie wracają. Trochę jeszcze leżymy, a potem idziemy po plaży. Pijemy piwo ( 55 INR ) w „shack” na końcu plaży ( sporo Rosjan ). Potem wracamy plażą, przebieramy się i idziemy coś zjeść. Wstępujemy do pierwszego z brzegu „shack” – za całą rybę chcą 300-450 INR. Wychodzimy. W końcu jemy w innej budzie – ja kawałek ryby z frytkami, Ola ryż z warzywami – razem około 200 INR. Zachodzimy do Goodman`s. Pijemy piwo, Ola je lody, ja naleśnika z bananem. Rachunek to 165 INR. Zostawiamy 180 INR.
stare Goa - kościół św. Franciszka z Asyżu
23.02.2007 Idziemy na autobus przy plaży. Trochę czekamy i jedziemy – stare Goa - kościół św. Kajetana 8 INR od osoby stare Goa - brama pałacu Adil Szacha ( choć wydawało mi się, że kosztuje 12 INR ). Dojeżdżamy do Margao. Można wysiąść w centrum miasta, ale my dojeżdżamy do dworca autobusowego, gdzie kończy bieg autobus. Tam kupujemy za 19 INR od osoby bilety na „shuttle bus” do Panjim – taki autobus średniej wielkości, który zaraz napełnia się pasażerami i odjeżdża. Po około 45 minutach dość mało bezpiecznej jazdy przez Goa ( min przez ładny most nad rzeką ) dojeżdżamy do Panji. Tam  łapiemy autobus do „old Goa” i po około 20 minutach zostajemy wysadzeni w  centrum starego Goa, tuż przy kościele św. Franciszka z Asyżu – b. ciekawy w środku. Poza kościołem św. Franciszka z Asyżu oglądamy katedrę, łuk wicekróla ( odnowiony przez wicekróla Goa Ferdynanda da Gama, wnuka Vasco da Gama, a potem znowu w 1954 roku ), kościół św. Kajetana, bramę – jedyną pozostałość pałacu muzułmańskiego władcy Goa  ( przed przybyciem Portugalczyków ) Adil . Kupujemy banany 6 sztuk za 10 INR ( pani nie chciała sprzedać 4 bananów, jedynie 3 sztuki albo 6 sztuk ). Jemy je niedaleko Bazyliki Dzieciątka Jezus. Potem oglądamy bazylikę z grobowcem św. Francisza Xaviera, ogrodem i dziedzińcem klasztoru Jezuitów. Nie wchodzimy do galerii obrazów, jak również nie oglądamy przedstawienia światło – dźwięk dotyczącego życia Jezusa. Szybko oglądamy ruiny kościoła św. Augustyna, konwent św. Moniki i konwent św. Jana. Następnie wracamy autobusem do Panjim. Chcę pozwiedzać to miasto. Riksiarze / taksówkarze chcą za zawiezienie nas 50 INR. Wydaj mi się to za dużo – idziemy piechotą. Okazuj się to niezbyt rozsądnym pomysłem, bo błądzimy i nie docieramy do centrum  miasta. Łapiemy taksówkę  i za 30 INR wracamy do dworca. Taksówkarz uparcie chce nas zawieść za 50 INR na inny dworzec i dopiero krzykiem trzeba go przywołać do porządku. Wracamy autobusem do Margao ( 19 INR ) Ola wraca do Colva a ja idę sam na zakupy – kupuję miejscową gorzałkę – feni – dwie butelki po 200 INR ( z orzeszków ) i jedną za 150 INR ( z kokosa ). Gorzałka jest w ładniejszych, szklanych butelkach. Można też kupić taką w plastikowych butelkach ( podobno najchętniej kupowana ) i w ozdobnych szklanych naczyniach w kształcie statków za 750 INR. Łapię autobus za 8 INR. Jedzie on przez Benaulim i potem fajną drogą Benaulim – Colva ( fajne domy, palmy, nowe osiedla ). stare Goa - katedra Idziemy zjeść do Goodman`s .Ja biorę rybę w sosie i rybę smażoną – narodowe danie Goa, Ola kurczaka tandori. Pijemy jeszcze po piwie, pijemy zimną kawę i  banana lassi, do piwa biorę kurczaka na patyczku „Loli Pops” ( pięć kawałków ). W sumie płacimy 390 INR. Obserwujemy ludzi w restauracji. To najczęściej starsze pary. Jedna piła szampana, pan źle się poczuł ( od szampana ? )i obsługa musiała wezwać taksówkę. Inna parę widzieliśmy także poprzedniego dnia – on pije piwo, ona sączy dietetyczną colę, siedzą i nic nie mówią.
24.02.2007 Idziemy na plażę. Pewien biały turysta szuka intensywnie dziewczynki, swojej córeczki. Później widzimy, jak ja niesie „na barana”. Obserwujemy kraby – są i takie duże, jak widzieliśmy w Bir Ali i takie malutkie. Chowają się do swoich jamek przy najmniejszym hałasie. Wracamy do hotelu, myjemy się, pakujemy, wymeldowujemy się, płacimy za pokój 1300 INR ( kartą płatniczą – bez problemu ) i za pranie 195 INR gotówką. Idziemy zjeść śniadanie – wpierw do kafejki przy plaży. Wydaje się nam, że jest tam za drogo, idziemy więc do Goodman`s. Ale tam jest jeszcze drożej, wracamy więc do tej pierwszej kafejki. Jem kanapkę grilowaną i pijemy kawę – razem płacimy 85 INR. Korzystamy z Internetu i wydajemy 25 INR ( dobre połączenie w ciasnym pomieszczeniu ). Recepcjonista w hotelu pozwala nam skorzystać z toalety. Postanawiamy wypożyczyć rowery. Przy plaży jest wypożyczalnia – cena to 100 INR od roweru za każdy rozpoczęty dzień. Rowery są takie sobie, rozregulowane i skrzypiące. Ceny nie daje się negocjować. Postanawiamy jednak je wziąć. Jedziemy boczną uliczką, przez pola ryżowe, oglądamy pasące się bawoły, aby w końcu dojechać do plaży ( Nanga Beach ). Na plaży są napisy po rosyjsku i rosyjscy turyści. Cola w plastikowej butelce kosztuje 30 INR.  Wracamy. Spotykamy pana prowadzącego bawoła z zaczepionym dużym drągiem u szyi ( chyba po to, aby mu nie uciekł ). Colva - krzyż przydrożny Trochę błądzimy, pytamy się o drogę , fajnymi bocznymi uliczkami wracamy do Colva. Manager hotelu, w którym mieszkaliśmy jest bardzo miły – pozwala nam umyć się w łazience jednego z pokoi i przebrać się. Robimy to z przyjemnością – bardzo się spociliśmy w czasie jazdy. Potem idziemy na zakupy – po targowaniu kupujemy dwa szale kaszmirskie, z 750 INR za jeden targujemy do 900 INR za dwa. Idziemy zjeść do Goodman`s. Ola idzie na kawę do wypasionej kafejki przy plaży ( 29 INR za kawę latte ), ja robię zdjęcia kapliczkom w Colva. Szukamy taksówki. Autoriksziarzy nie ma, choć stoją ich pojazdy. Taksówkarz chce najpierw 200 INR, potem schodzi do 180 INR, ale niżej nie chce, bo to podobno cena rządowa. No nic, musimy się zgodzić i za 180 INR wpierw podjeżdżamy do hotelu, zabieramy bagaże i jedziemy na dworzec kolejowy w Madgaon ( Margao ). Chwilę czekamy i nasz pociąg wjeżdża na stację, podstawia się. Musimy dość długo iść okolice Colva - bawół z duzym drągiem uwiązanym u szyi, żeby nie uciekł do naszego wagonu. Obok nas są jacyś mili starsi ludzie i jacyś młodzi. Jest okolice Colvazimno, zimniej niż w innych pociągach dotychczas ( klimatyzacja ). Wyłączamy wiatraczek. Oddaję Oli mój koc.

25.02.2007 Bombaj - Wyspa Słonia - jaskiniaBombaj - Wyspa Słonia - jaskiniaPociąg przyjeżdża do Bombaju z Bombaj - Wyspa SŁonia - jaskinia - rzeźba Sziwy Trimurtiopóźnieniem – około 6:30. Większość ludzi wysiadła na wcześniejszych stacjach w Bombaju. Wysiadamy, czekamy w hali dworca ( nie ma tam żadnej restauracji, ani nic takiego ), aż się rozwidni, około 7:00 idziemy do hotelu „Oasis”. Tam nam od razu mówią, że nie maja miejsc, ale my mamy zarezerwowane, więc nam dają pokój. Wjeżdżamy windą. Pokój w miarę OK, czysty, bez prusaków / karaluchów. Idziemy spać. Wstajemy około 9:30. Schodzimy, zamawiamy taksówkę na lotnisko na 2:30, podobno ma kosztować 350 INR. Pytamy się o autobus do „Gate of India” – recepcjonista doradza nam taksówkę, podobno ma kosztować 20 INR, a autobus 2 x 5 INR = 10 INR. Wychodzimy, pytamy się taksówkarza. Mówi, że może jechać wg licznika, ale to wyjdzie około 50 INR. Postanawiamy jechać autobusem. Idziemy w okolice dworca kolejowego CST ( Victoria Terminus ). Chodzimy , pytamy się i pierwszy autobus jedzie w te okolice, gdzie chcemy. Wsiadamy, zaraz rusza. Płacimy 2 x 4 INR = 8 INR. Dojeżdżamy do ronda Regal Circle ( SP Mukherji Chowk ), tam mówią nam, żeby wysiąść. Autobus dalej jedzie do Colaba Causeway, a my dochodzimy do „Gateway of India”. Kupujemy bilety na statek deluxe 120 INR od osoby za bilet ( bilet na normalny statek „regular” kosztuje 100 INR od osoby, bilety dla dzieci kosztują odpowiednio 80/70 INR za bilet). Idziemy na przystań. Kierują nas do „Gate 4”. Wchodzimy na statek. Trwają jakieś dziwne operacje – pasażerowie przez nasz statek wchodzą na drugi, który w rezultacie odpływa pierwszy. Nasz odpływa, zawozi ludzi na inne statki i łodzie, wreszcie płynie na Elephanta Island. Nie widzę zbytniej różnicy między statkiem „deluxe”, a „regular”. Dopływamy po około godzinie dość nudnej podróży. Mijamy różne statki płynące, stojące „na redzie” portu w Bombaju. Na wyspie długie, betonowe molo, można je przejechać miniaturową kolejką ze stacjami za 8 INR w obie strony. Przejażdżka cieszy się powodzeniem. Trzeba płacić za wejście na teren „wioski” 10 INR od osoby. Potem trzeba wejść schodami ( lub być wniesionym w palankinie krzesło z drągami do niesienia, co kosztuje podobno wg przewodnika , mało chętnych ). Za wejście na teren grot trzeba płacić 250 INR lub 5$ . My płacimy 2 x5 $ = 10$, dolary są bardziej opłacalne. Grota nr 1 super – posągi Sziwy o trzech głowach i inne związane z Sziwą. Inne groty – albo o mniejszej liczbie rzeźb, albo bez rzeźb  ostatnia niewykończona. Nie mieliśmy przewodnika mówiącego po angielsku, choć powinien być za darmo z deluxe”. Przy kursie powrotnym nikt nie sprawdza biletów – mogliśmy płynąć dowolną łodzią. Wracamy – nudna godzina. Potem idziemy przekąsić do baru – chcemy pójść do znanego Barista, ale jest pełny, więc idziemy do lokalnego naprzeciwko – grilowany sandwich z kurczakiem, Bombaj - Wyspa Słonia - mała małpka normalny Bombaj - Wyspa Słonia - statek na brzegu sandwich warzywny, sok z owocu Bombaj - Wyspa Słonia - kolejka podobnego do pomarańczy, lime soda sweet kosztują nas razem 115 INR. Potem chcemy iść do Muzeum Sztuki Współczesnej, ale jest zamknięte – zmiana ekspozycji. Chodzimy po Colabie i robimy zakupy( olejki zapachowe po 50 INR, słoniki dla dzieciaków po 35 INR, T-shirt 120 INR, stargowany ze 180 INR ). Potem szukamy herbaty w supermarkecie, ale nie maja nic ciekawego ( zwykła herbata ), idziemy do „Emporium ” – kupujemy ładne pudełko z paper-mache za 80 INR. Idziemy na Oval Maidan – oglądamy, jak mnóstwo ludzi gra w krykieta. Gdy się odwracam – leciutko dostaje piłka – trzeba uważać. Potem idziemy na kolację do restauracji Delhi Darbar” – Ola bierze kurczaka tandori, ja kebaba tandori ( okazuje się ostry – przyprawiony, choć dobry ). Pijemy 2 x lime sweet soda + lassi – razem płacimy 447 INR + 13 INR napiwku. Potem idziemy na piwo do „Leopold Cafe & Bar” – piwo London Pilsner – 150 INR za 640 ml. W środku jest mnóstwo ludzi. Wracamy na piechotę – przechadzka jest całkiem OK. Kupujemy wodę – 39 INR za 3 butelki 1L + 9 INR za colę na miejscu ( uczciwy pan sprzedawca oddał 5 INR jak się zorientował, że nie chcę wziąć butelki ze sobą, tylko piję na miejscu ). Wracamy do hotelu, potwierdzamy taksówkę na 2:30, zamawiamy budzenie na 2:00.
26.02.2007 Rano zarówno budzenie, jak i taksówka są o czasie. Jedziemy przez uśpione miasto. Za kurs płacimy  350 INR. Niestety podwozi nas nie do odpowiedniego terminala i musimy iść do drugiego. Wszędzie kolejki, kiepska i powolna obsługa. Choć jesteśmy sporo wcześniej, to nie mamy za dużo czasu. Oglądamy sklepy wolnocłowe. Teoretycznie nie można przewozić w bagażu podręcznym płynów ( i nie ma specjalnych torebek jak u nas ), ale widzę, jak obsługa zabiera alkohol na pokład samolotu – ma oddać po wylądowaniu. Startujemy z opóźnieniem i w Stambule lądujemy z opóźnieniem. Musimy się bardzo spieszyć, aby dokonać zakupów w sklepie wolnocłowym. Lot ze Stambułu do Warszawy przebiega normalnie. W Warszawie pyta nas, skąd przylecieliśmy, ale Indie nie są chyba zbyt interesujące, bo nas przepuszczają bez kontroli. Warszawa nas śniegiem i zimnem ( mrozem ). 
Do zobaczenia ciepłe kraje !

 

Napisz do mnie  :  mail<wytnijtoooo>@zoch.pl

Reklama
Mazury Mielno noclegi Łeba noclegi

Etykiety piwne z różnych krajów Rok 1999 - przez Rosję i Chiny do Bangkoku Rok 2000 - w krainie Inków Marzec 2001 - Berlin i Hanower Maj 2001 - w siedem dni dookoła Syrii Sierpień 2001 - krótka wizyta w Pradze Jesień 2001 - w kolebce ludzkości Sierpień 2002 - Lwów Jesień 2002 - śladami Stasia i Nel - Sudan Egipt Jordania Miasto nad Newą Wilno Jesień 2003 - znowu w Azji Birma Tajlandia Laos Turcja i Iran 2004 Ojców i Kraków Holandia 2004 Londyn 2004 Warmia i Mazury 2005 Afryka 2005 Zdjęcia Kalifornia - maj 2006 Zdjęcia Belgia - maj 2006 Zdjęcia Berlin - lipiec 2006 Zdjęcia Rzym, Watykan, Mediolan - sierpień 2006 galerie Jemen Stambuł południowe Indie luty 2007 Azja 2007 - Jemen, Stambuł, południowe Indie Zdjęcia Norwegia czerwiec / lipiec 2007 podróż do Norwegii czerwiec / lipiec 2007 Zdjęcia Barcelona listopad 2007 Zdjęcia Petersburg kwiecień 2008 Zdjęcia Indonezja , Dubaj , Zurich kwiecień / maj 2008 Zdjęcia Rzym - sierpień 2008 podróż 2008 Indonezja , Dubaj , Zurich kwiecień / maj 2008 podróż 2009 Gwatemala , Honduras , Belize luty / marzec 2009 Zdjęcia Portugalia - wrzesień / październik 2008 Etykiety piwne z różnych krajów Rok 1999 - przez Rosję i Chiny do Bangkoku Rok 2000 - w krainie Inków Marzec 2001 - Berlin i Hanower Maj 2001 - w siedem dni dookoła Syrii Sierpień 2001 - krótka wizyta w Pradze Jesień 2001 - w kolebce ludzkości Sierpień 2002 - Lwów Jesień 2002 - śladami Stasia i Nel - Sudan Egipt Jordania Miasto nad Newą Wilno Jesień 2003 - znowu w Azji Birma Tajlandia Laos Turcja i Iran 2004 Ojców i Kraków Holandia 2004 Londyn 2004 Warmia i Mazury 2005 Afryka 2005 Zdjęcia Kalifornia - maj 2006 Zdjęcia Belgia - maj 2006 Zdjęcia Berlin - lipiec 2006 Zdjęcia Rzym, Watykan, Mediolan - sierpień 2006 galerie Jemen Stambuł południowe Indie luty 2007 Azja 2007 - Jemen, Stambuł, południowe Indie Zdjęcia Norwegia czerwiec / lipiec 2007 podróż do Norwegii czerwiec / lipiec 2007 Zdjęcia Barcelona listopad 2007 Zdjęcia Petersburg kwiecień 2008 Zdjęcia Indonezja , Dubaj , Zurich kwiecień / maj 2008 Zdjęcia Rzym - sierpień 2008 podróż 2008 Indonezja , Dubaj , Zurich kwiecień / maj 2008 Zdjęcia Portugalia - wrzesień / październik 2008 Zdjęcia Gwatemala , Honduras i Belize - luty / marzec 2009 Zdjęcia Prowansja - czerwiec 2009 Zdjęcia Paryż - lipiec 2009 Zdjęcia Supraśl - październik 2009 Zdjęcia Orissa , Bangkok , Birma - luty / marzec 2010 Zdjecia Oman , ZEA ( Dubaj ) - styczeń 2011 podróż 2009 Gwatemala , Honduras , Belize luty / marzec 2009 podróż 2010 Orissa , Bangkok , Birma luty / marzec 2010 Zdjęcia Praga Biebrza Roztocze Pólnocne Włochy - Toskania - 2010 Zdjęcia Kraków - 2011 Zdjęcia Narew - 2011 Zdjęcia Poznań - 2011  podróż Oman , Zjednoczone Emiraty Arabskie styczeń 2011

Barcelona 2007 Belgia 2006 Berlin 2006 Gwatemala Honduras i Belize 2009 Indie 2007 Indonezja 2008 Jemen 2007 Norwegia 2007 Paryż 2009 Petersburg 2008 Portugalia 2008 Prowansja 2009  Rzym 2008 Stambuł 2007 Supraśl 2009 USA Kalifornia 2006 Włochy 2006  Orissa Bangkok i Birma 2010 Zdjecia Oman , ZEA ( Dubaj ) - styczeń 2011 Praga 2010 Biebrza 2010 Roztocze 2010 Północne Włochy i Toskania 2010 Kraków 2011 Narew 2011 Poznań 2011