Etiopia
Strona domowa W górę

Etiopia

Park Hotel pomnik w Addis widok na Addis 1 widok na Addis 2 dziewczyny w Al-Mendi i ja dziewczyny w Al-Mendi 

 

 

Z Okęcia wylecieliśmy rano 22.10.2001. Ponieważ było stosunkowo niedługo po zamachach w USA byłem na lotnisku już 2 godziny przed odlotem samolotu ( 6:40 ). Jak się okazało zupełnie niepotrzebnie. Zaostrzone kontrole zwiększyły kolejki, ale nie aż tak .... Pan z linii lotniczych ( KLM ) chciał zobaczyć nasze wizy. Na szczęście wystarczyła mu promesa. Po przesiadce w Amsterdamie wylecieliśmy do Nairobi. Lot przebiegł spokojnie i już wieczorem byliśmy na miejscu. Lot do Addis mamy rano. Możemy wyjść do miasta ( i zapłacić za wizę tranzytową ) lub przeczekać noc na lotnisku. Wybieramy to drugie rozwiązanie. Jednak plecaki można odebrać dopiero po przejściu przez kontrolę paszportową ... Na szczęście miły pan z biura transferowego KLM przynosi je nam. W "transit longue" spędzamy całą noc. Jesteśmy jedynymi białymi. Warunki byłyby całkiem znośnie, gdyby tylko na międzynarodowym lotnisku nie zabrakło wody ( ubikacja w związku z tym została zamknięta, a jedyna czynna była w dość opłakanym stanie ). Na szczęście rano jest woda !!!. Można się nawet wykąpać. Po porannej toalecie ruszamy z plecakami do stosownego wyjścia. Czekając na wylot mamy okazję zaobserwować bardzo ciekawych ludzi. Do samolotu idziemy schodami na płytę lotniska i tam dopiero oddajemy nasze bagaże. Dwugodzinny lot ( w towarzystwie min. misjonarzy Kościoła Dnia Ostatniego ) przebiega bardzo spokojnie - mamy okazję obejrzeć Etiopię z góry. 
Na lotnisku w Addis Abebie okazuje się, że obiecane wizy nie czekają na nas i dostaniemy je dopiero następnego dnia w Immigration Office ( nikt nie wie za ile - raz mówią 20$, a inna osoba 65$ ). Oddajemy paszporty - w zamian dostajemy kartoniki z nazwiskami. Wymieniamy pieniądze ( kurs 1$=8,53 Birra, prowizja 1 Birr ). Dowiadujemy się, że poniżej 500$ w gotówce nie potrzeba deklaracji walutowych. Przed dworcem lotniczym bierzemy ( po krótkich negocjacjach ) taksówkę do centrum za 20 Birr. Jedziemy do hotelu Tropical ( znalezionego w przewodniku Lonely Planet ), ale uznajemy jego ceny za wygórowane w stosunku do niskiego standardu ( 50 Birr pokój z łazienką, 25 bez ). Szukamy innego hotelu - oczywiście znajduje się mnóstwo "pomocników" Gdy idziemy na Piazza i na chwilę przystaję na chodniku koło budynku wojskowego - strażnik przepędza mnie...
Ostatecznie przy pomocy kilku chłopców znajdujemy Park Hotel, gdzie wynajmujemy dwójkę ze wspólną łazienką z zimną wodą ( 45 Birr za pokój, pokój z ciepła wodą i łazienką - 45 Birrów od osoby ). Oczywiście nasi pomocnicy ( ciemni , jak noc, pochodzą znad granicy z Sudanem ) za swoją pomoc chcą pieniędzy. A wcześniej zapewniali nas o swojej bezinteresowności - spławiamy ich. Wieczorem wychodzimy na miasto. W jednej z tanich jadłodajni przy stadionie jemy Indżerę ( bardzo kwaśny placek o konsystencji gąbki od materaca ) z mięsem. Cały posiłek kosztuje nas 7 Birrów + 2 Birry za coca-colę. Poznajemy nocne życie stolicy Etiopii - miasto nie sprawia najlepszego wrażenia, mnóstwo hotelików-domów publicznych i prostytutek. Po kąpieli w zimnej wodzi idziemy spać.
Następny dzień zaczynamy od wizyty w Immigration. Nie jest to takie proste - u strażnika przy wejściu trzeba pokazać plecaki zostawić aparaty fotograficzne. W zamian dostaje się niewielką tekturkę. Okazuje się, że nasze paszporty jeszcze nie dotarły z lotniska - mamy przyjść po południu. Idziemy coś zjeść - pizza kosztuje 14 Birrów. Rozmowa do Polski ( minimum 3 minuty ) to wydatek 72 Birrów, list 1,90, a kartka 2 Birra. Rezerwujemy bilet lotniczy Aksum - Lalibella. W budynku telekomunikacji jest jedno stanowisko z dostępem do Internetu za jedyne 0,75 Birra / minutę ( działa może nie za szybko, ale da się wytrzymać ). Wracamy do naszych ulubionych urzędników w Immigration. Po odwiedzeniu kilku pokoi, wytłumaczeniu dlaczego nie mamy wizy i wniesieniu opłaty ( poniżej 20 $ ) możemy już jutro po południu odebrać wizę. Jeszcze jeden dzień siedzenia w Addis... Kolację jemy w taniej knajpce przy dworcu autobusowym ( befsztyk za 10 Birrów ). Postanawiamy wieczór spędzić w restauracji Al-Mendi ( wg. LP Mendi ), gdzie można żuć czat ( popularną i legalną tutaj roślinę o działaniu lekko narkotycznym ). Po pewnych poszukiwaniach odnajdujemy ją. Porcja czatu kosztuje 30 Birrów, można nabyć też 1/2 i 1/3 porcji. W oddzielnym pokoiku, urządzonym na sposób arabski, z dywanami na podłodze jest już goście - piosenkarz z Dżibutti ( Jimmy ) i Senegalczyk pracujący w Arabii Saudyjskiej ( to właśnie Arabowie sa tu głównymi gośćmi ). Zaczynamy żuć - liście rośliny trzyma się w buzi i połyka sok. Działanie jest dość łagodne i dopiero po dłuższym czasie pojawiają się pewne objawy. Stajemy się coraz bardziej rozmowni - prowadzimy dyskusje o wszystkim - od sytuacji w Senegalu do biurokracji w Etiopii. W pewnym momencie przychodzą do nas dziewczyny - Etiopka, Erytrejka i Somalijka. Są przepiękne, choć zdajemy sobie sprawę, jaki jest ich zawód. Co pewien czas któraś z dziewczyn na jakiś czas znika, bo pojawił się klient. Około północy po kilku godzinach żucia czas na następny etap naszej rozrywkowej eskapady. Płacimy ( około 60 Birrów od osoby za czat, pokój i picie ) i idziemy do pubu na (tanie) piwo i tańce. Bawimy się świetnie, aż do momentu, gdy panienki zaczynają wspominać o pojechaniu do hotelu itd... Gdy odmawiamy w ich pięknych  ustach pojawia się magiczne słowo "money". Dajemy im w końcu po 50 Birów - w sumie dużo forsy, jak na miejscowe zwyczaje, ale i zabawa była przednia. Senagalczyk z jedną z dziewczyn jedzie do swojego hotelu. My też wracamy nad ranem do "Park Hotel". Śpimy krótko. Gdy kończy się działanie piwa nie czujemy już senności - działa czat. Jedziemy do ambasady Kenii ( taksówka w jedną stronę 18 Birów ). Tu mamy kolejny pokaz afrykańskiej biurokracji - najpierw kontrola bagaży ( zostawiamy je u strażnika, ze względu na aparaty fotograficzne ), potem oglądanie wystawy produktów kenijskich ( w tym grabie, maczety i zamki do drzwi ) w oczekiwaniu na panienkę zajmującą się wizami. Okazuje się, że na wizę czeka się 2 dni i zostawia w ambasadzie paszport. To zła wiadomość - jeżeli chcemy jechać drogą lądową stracimy kolejne 2 dni w  Addis. Wracamy, idziemy na dworzec autobusowy i kupujemy za 52 Birry ( cena wzrosła w stosunku do informacji z przewodnika ) bilet na jutro do Bahar-Daru. Wracamy przez Mercado - podobno największy bazar Afryki( i raj dla kieszonkowców ) do hotelu. Przeczekujemy tam niesamowitą ulewę ( jakby miał się zacząć potop ), wykupujemy bilety lotnicze ( płacimy kartami kredytowymi - 65$, pani nas obsługująca jest niesamowitej urody ), wymieniamy pieniądze ( gdy Janek szuka pieniędzy pod bankiem przybiega do nas zaniepokojona ochrona ). Duże wrażenie sprawa na nas kolejka do Teatru Narodowego, porządku której pilnują ochroniarze z drewnianymi pałami. Szczęśliwie udaje się skorzystać z Internetu i odebrać paszporty z wizami ( choć paszport kolegi znalazł się w przegródce dla obywateli USA i były trudności z jego znalezieniem ). Po obiado-kolacji  w Ibex Lallibella znowu wędrujemy do Al-Mendi. Tym razem jesteśmy tam dość krótko ( ze względu na jutrzejszy wczesny wyjazd ), ale jesteśmy świadkami niesamowitej dyskusji ( po arabsku, ale rozumiemy sporo z gestykulacji ) na temat możliwości seksualnych jednego z gości ...Musimy odmówić propozycji wspólnego obiadu z "naszymi" dziewczynami. Wracając kupujemy wodę na jutro ( 10 Birów ), mijamy wspaniale oświetlony Africa Hall i ... slumsy u jego stóp. Umawiamy się z taksówkarzem na zabranie nas rano na dworzec autobusowy.

Addis - dworzec autobusowy droga do Bahar Dar 1 droga do Bahar Dar 2 Bahar Dar most na Nilu Bahar Dar dziewczyny Bahar Dar-pamiątki wojny Bahar Dar-kobiety Bahar Dar-sklep Bahar Dar-ulica Bahar Dar-dom Bahar Dar-droga Bahar Dar-bazar 1 Bahar Dar-ludzie Bahar Dar-bazar 2 Bahar Dar-bazar 3 Bahar- Dar-bazar 4 Bahar Dar-jezioro Tana 1 Bahar Dar-jezioro Tana 2 Bahar Dar-jezioro Tana i hipopotamy 1 Bahar Dar-jezioro Tana i hipopotamy 2Bahar Dar-jezioro Tana-rybacy 1 Bahar Dar-jezioro Tana-rybacy 2 Bahar Dar-jezioro Tana-monastyr Bahar Dar-jezioro Tana-monastyr ja i mnich Bahar Dar-jezioro Tana-monastyr-malowidło Bahar Dar-jezioro Tana-monastyr-mniszki Bahar Dar-jezioro Tana-monastyr-skarby 1 Bahar Dar-jezioro Tana-monastyr-skarby 2 Bahar Dar-jezioro Tana-monastyr-skarby 3 Bahar Dar-jezioro Tana-monastyr-skarby 4 Bahar Dar-jezioro Tana-monastyr-skarby 5 Bahar Dar-jezioro Tana-monastyr-skarby 6  Bahar Dar-jezioro Tana-pająki Bahar Dar-jezioro Tana-ambasador i ja Bahar Dar-droga do wodospadu 1 Bahar Dar-droga do wodospadu 2 Bahar Dar-droga do wodospadu-kozy Bahar Dar-dziecko Bahar Dar-mężczyzna Bahar Dar-mały wodospad Bahar Dar-wodospad 1 Bahar Dar-wodospad 2 Bahar Dar-wodospad 3 Bahar Dar-wodospad 4 Bahar Dar-wodospad 5 Bahar Dar-wodospad 6 Bahar Dar-wodospad i dzieci Bahar Dar-wodospad-dziecko Bahar Dar-przejście przez strumień Bahar Dar-wodospad-mgła Bahar Dar-strażnik przy wodospadzie Bahar Dar-suszenie skór Bahar Dar-widok miasta z hotelu Bahar Dar-ceremonia parzenia kawy

26.10.2001  Wstajemy rano - mamy autobus do Bahar Dar  o 6:00 rano. Oczywiście nasz taksówkarz nie zjawia się ( później przyzwyczaję się do tego w Etiopii ). Bierzemy innego za 25 Birrów. W ostatniej chwili zjawia się ten umówiony poprzedniego dnia, ale ignorujemy go.
Jesteśmy na dworcu dużo wcześniej przed odjazdem. Widok tonącego w ciemnościach miejsca, z paroma lampami, z ludźmi ładującymi swoje bagaże na dachy autobusów jest naprawdę niesamowity. Wreszcie przychodzi i nasza kolej. Wszystko przebiega dość sprawnie i wkrótce wyruszamy. Na granicy miasta czeka nas mała kontrola. Wkrótce kończy się asfalt i zaczyna wyboista droga. W pewnym momencie , na postoju wchodzi do autobusu kapłan, daje wszystkim do pocałowania krzyż i zbiera pieniądze. Około południa zatrzymujemy się na lunch w miejscowości składającej się chyba wyłącznie z hotelików i restauracji. Jedzenie ( pasta, czyli makaron ) jest tanie, smaczne i bardzo ostre. Wieczorem, gdy już zmierzcha docieramy do miejscowości Motta. Tu będziemy nocować. Z trudnością  znajdujemy jakieś wolne miejsca w bardzo prymitywnym hoteliku ( 7 Birrów od osoby ). Budzimy bardzo duże zainteresowanie mieszkańców, zwłaszcza dzieci. W pewnym momencie podchodzi do nas człowiek, przedstawia się, jako policjant i każe odejść spod banku, gdyż tak duży tłum nie powinien tam stać. Robimy zdjęcia, rozdajemy adresy i odpowiadamy na mnóstwo pytań. Na kolację jemy indżerę z jajecznicą ( 5 Birrów ) i pijemy miejscowe piwo o ciekawej nazwie "Meta" ( 3,5 Birra ). Podłoga w restauracji wysypana jest jakimiś roślinami, a prąd jest tylko przez 4 godziny wieczorem.  Po wiosce oprowadza nas miejscowy nauczyciel, który ciągle nam mówi, jak dobrze jest w Etiopii. Wcześniejsze rozmowy z mieszkańcami  były mniej optymistyczne, np. po zmroku nie można chodzić po ulicach Motty bez ważnego powodu. Noc jest raczej ciężka, bo łóżko ciasne i niewygodne. Wstajemy około 5 rano, aby około 6 ruszyć w dalszą drogę. Żegna nas chyba pół wioski. Na jednym z postojów po drodze na autobus ładują związane kury. Po około 4 godzinach docieramy do celu. Zakwaterowujemy się tutaj w całkiem miłym i tanim hotelu Tana Pastry ( w przeciwieństwie doi drogiego Tana ), mieszkamy w pojedynczych pokojach ze wspólna łazienką z ciepłą wodą ( 20 Birrów od osoby ). Oddaję rzeczy do prania ( 12 Birrów za sporą kupkę brudów ), odpoczywamy, jemy coś w hotelowej restauracji ( pasta 7-8 Birrów, cola 2,5, piwo 4 Birry ). Potem chcemy kupić bilety do Gonderu, ale okazuje się, ze najwcześniej można dzień przed wyjazdem. Chcemy zobaczyć źródło Nilu -podjeżdżamy na most, idziemy przez jakieś złomowisko wojskowe, ale niedaleko celu zostajemy zatrzymani przez strażnika z powodu tamy. Wracamy do mostu. Nie chce się już nam iść do pałacu Haille Selassie. Wracamy do miasta i idziemy na targ. Potem dogadujemy się w sprawie jutrzejszej wycieczki nad jezioro ( 100 Birrów ). Płacimy w hotelu Ghion. Tam też korzystam z Internetu ( 1 Birr / minutę ). Wieczorem chodzimy trochę po barach. Jednak spotykamy głownie żebraków ma ulicach ( np. małą dziewczynkę usiłującą sprzedać nam kukurydzę - dajemy jej 1 Birra  ) i prostytutki.
Następnego ranka idziemy do hotelu Ghion, a  stamtąd wyruszamy na wycieczkę po jeziorze. Najpierw płyniemy do źródeł Nilu ( czyli miejsca na jeziorze gdzie widać prąd wodny, zmieniający się potem w rzekę będącą początkiem Nilu Błękitnego ), potem oglądamy rybaków i hipopotamy ( z oddali wyglądają, jak kłody ). Odwiedzamy trzy monastyry ( wstęp do każdego 15 Birrów ) - Beta Maryan, Kebran Gabriel ( wstęp tylko dla mężczyzn ) i dość młody monastyr żeński. W pierwszym z nich widzimy różne przedmioty, które należały do króła Yohannesa IV - ubranie, krzyż i klucze. Mnisi oprowadzają nas po monastyrach i pokazują skarby z muzeów - starożytne krzyże, korony i Biblie spisane jeszcze w języku Gez ( staro etiopskim ). W drodze powrotnej rozmawiamy z  naszym towarzyszem podróży - okazuje się być Etiopczykiem, byłym ambasadorem przy UE, zaangażowanym w sprawę odzyskania przed kilku laty słynnego krzyża z Lalibeli ( skradzionego i wywiezionego z kraju ). Po powrocie i odpoczynku chcemy znowu dojść do pałacu Haille Selassie i znowu nam się nie udaje. Spotykamy po drodze kilku młodych Etiopczyków, zaczynamy z nimi rozmawiać. Pokazują nam nabożeństwo w kościele ( śpiewy, nauka ), a potem zabierają do najlepszego w mieście tej baru ( czyt. tadź ), gdzie wyrabia się i pije tadź - tradycyjny napój alkoholowy na miodzie. Wnętrze jest bardzo prymitywne, to właściwie mieszkanie kobiety wyrabiającej ten napój. Jednak sam alkohol jest całkiem dobry, łagodny i słodki, podawany w pojemnikach o kształcie menzurki. Kupujemy trochę czatu ( same liście - 10 Birrów za torebkę ). Wieczorem idziemy do podobno najlepszego lokalu w mieście John Pub. Są tam jednak prawie same prostytutki. W innych miejscach ( o nazwach w stylu Shooting Star ) jest tylko gorzej. Mijamy kilka domów publicznych - pod jednym faceci stoją w kolejce, pod innym parkuje samochód z literkami UN
29.10.2001 jedziemy do Tis Isat  ( co oznacza "grzmiącą wodę " )  
- miejsca wodospadów na Nilu. Na poranny autobus rzuca się straszny tłum. Za 3,60 Birra jedziemy przez godzinę do wioski. Tam w informacji od miłej pani z małpką dostajemy broszurkę ( jedyny taki mój przypadek w Etiopii ), płacimy 15 Birrów za wstęp. Idziemy przez kanał odwadniający do wejścia. Strażnicy sprawdzający bilety są dość natrętni, ale potem widoki są niesamowite. Przechodzimy przez most z XVII zbudowany przez portugalskiego inżyniera ( spoiwem były jajka ) i dochodzimy do wodospadów - najpierw małego a potem tego właściwego. Słońce padające na krople wody tworzy niesamowitą tęczę. Przechodzimy w bród przez strumień, by wreszcie podejść blisko wodospadu i wykapać się w naturalnym "prysznicu" z kropel wody. Od stale towarzyszących nam dzieciaków kupujemy "calabashe", czyli wysuszone tykwy przeznaczone do przechowywania sfermentowanego mleka z krwią ( miejscowego napoju ) za 5-7 Birrów. Jeszcze szybki przemarsz równiną , przepłynięcie łódką ( 10 Birrów, chcieli więcej, ale znałem cenę od pani z informacji ) i jesteśmy w wiosce. Dla naszego samozwańczego i małoletniego przewodnika 5 Birrów to za mało  ( chce 10 Birrów ), więc dochodzi do małej scysji. Ogólnie wioska nie sprawia zbyt miłego wrażenia. Wracamy autobusem, który na końcu się psuje ... Kupujemy bilety na autobus do Gonderu po 20 Birrów. Jemy w restauracji Hot Canape ( mięso wołowe w kanapeczkach  ) i dobrą, nie kwaśną indżerę. Wczoraj zaprosili nas do siebie nasi "znajomi". Nie chce się nam korzystać z ich zaproszenia, ale przychodzą do hotelu i w końcu idziemy do domu jednego  z nich na ceremonię parzenia kawy. Siostra naszego "znajomego" praży specjalne ziarna kawy, uciera je w moździerzu, a inne ziarna ( pochodzące z okolic Gonderu ) pali. Napój jest świetny i wcale nie taki mocny, jak się obawialiśmy. Pijemy 3 filiżanki - zgodnie z tradycją. Mieszkanie jest bardzo ubogie, to właściwie jedna, prosta izba. Mieszkają sami ( matka nie żyje, ojciec jest niezdolny do pracy ), on zarabia na budowie 0,5$ dziennie, ona prowadzi dom, za wynajem płacą 50 Birrów dziennie. Kupujemy im trochę jedzenia, bardzo im współczujemy. Jednak maja w stosunku do nas różne oczekiwania, których nie możemy spełnić ( np. ożenić się z dziewczyną , podarować im aparat fotograficzny ). Jest mi głupio, gdy porównam kwoty wydane na rozrywkę w Addis z sytuacja tutaj. 
To jeszcze nie koniec niemiłych niespodzianek. Janek wreszcie dodzwania się do domu ( z hotelu Ghion - 33 Birry, ale minimalny czas rozmowy, to 1 minuta, a nie 3 , jak na poczcie ). Okazuje się, że z powodu sytuacji rodzinnej musi pilnie wracać do domu. Idę spać w dość nieciekawym nastroju. Rano żegnamy się. Idę na stację autobusową. Autobus rusza do Gonderu o 6:30. Zaczyna się moja samotna podróż.
Gonder-kościół Debre Berhan Selassie Gonder-kościół Debre Berhan Selassie-sufit Gonder-zamek 1 Gonder-zamek 2 Gonder-zamek 3 Gonder-zamek 4 Gonder-zamek 5 Gonder-zamek 6 Gonder-zamek 7 Gonder-zamki-klatki dla lwów Gonder-łaźnie Fasiladasa-pałac Gonder-łaźnie Fasiladasa-drzewa Gonder-stadion sportowy koło łaźni Fasiladasa  Wśród pasażerów autobusu jest kilkoro białych, w tym dziwaczny Norweg zachowujący się, jak archetyp białasa w Afryce ( np. rozrzuca dzieciom cukierki ). Mamy mały postój po drodze i po pięciu godzinach  dojeżdżamy do Gonderu. Wpierw biorę taksówkę do polecanego w przewodniku Fasil Hotel ( dworzec autobusowy jest na drugim końcu miasta, a uliczki są strome ), ale jest droższy, niż w książce i bez ciepłej wody. Idę więc do do Ethiopia Hotel. Jest on bardzo prosty, z myszami, puściutki, ale pokój z zimną wodą ( na zewnątrz ) kosztuje tylko 15 Birrów. Pranie - 2 Birry T-shirt, 1 Birr - majtki. Biorę taksówkę do słynnego kościoła Debre Berhan Selassie ( 40 Birrów - zupełnie bez sensu, bo i tak czekam ze względu na przerwę obiadową ).Wstęp kosztuje 15 Birrów, kościół ma wspaniały sufit i malowidła ścienne. Po powrocie rezerwuję bilet w Ethiopian Airlines na trasę Lalibela - Addis Abeba. Potem idę oglądać największą atrakcje tego miasta - zamki ( wstęp 50 Birrów ). Największy i ( najlepiej zachowany ) Fasiladasa jest zamknięty do renowacji, ale i tak  miejsce jest niesamowite i dziwne ( bardziej przypomina Europę, niż Afrykę ). Po zwiedzaniu wymieniam czek w  banku przy Quara Hotel ( bank prywatny, więc i operacja szybka i bezbolesna - nie ma kontroli przy wejściu ) i wykupuje bilet ( 814 Birrów ). Jadę jeszcze do łaźni Fasiladasa ( wstep wliczony w cenę biletu do zamków, przejazd minibusem 1 Birr w jedną stronę ). Obok jest śmieszny stadion z pasącymi się kozami i propagandowymi planszami z czasów komunizmu. Wieczorem jem stek w Fogera Hotel ( 12 Birrów, zupa 6 Birrów ) - miejsce dość dziwne, bo niby luksusowe, a brakuje wody w kranach.  Za bardzo wolny Internet płacę prawie 50 Birrów. Chodzę trochę po mieście, zaraz mam 2 młodocianych przewodników - daję im 5 Birrów, bo oprowadzają mnie po ciekawych miejscach. Umawiam jeszcze taksówkę na jutro - ciekawe, czy przyjedzie.

Debark-stacja Shella 1 Debark-stacja- Shella 2 Aksum-plakaty Aksum-stella 1 Aksum-stella 2 Aksum-stella 3 Aksum-stelle 4 Aksum-krypta Aksum-połamana stella Aksum-widok na góry Siemen 1 Aksum-widok na góry Siemen 2 Aksum-kościół Matki Boskiej - widok z góry Aksum-kaplica Arki Przymierza Aksum-skarby 1 Aksum-skarby 2 Aksum-skarby 3 Aksum-kościół Matki Boskiej z Syjonu 1 Aksum-kościół Matki Boskiej z Syjonu 2 Aksum-kościół Matki Boskiej z Syjonu 3 Aksum-kościół Matki Boskiej z Syjonu 4 Aksum-dzieciaki przy kościele Matki Boskiej Aksum-wielbłądy Aksum-ruiny pałacu królowej Saby Aksum-małe stelle Aksum-mężczyzna Aksum-żarna z wielbłądem 

 Rano wyruszam do Aksum. Oczywiście taksówka nie przyjechała. Jednak łapię minibusa i za 5 Birrów dojeżdżam do dworca autobusowego. Wpuszczają najpierw mnie i dwójkę Japończyków. Ładują nasze bagaże  na dach, a nas do środka pojazdu i chcą za to oczywiście ekstra pieniędzy. Gdy nie chcemy im dać jest lekka awantura. W końcu jednak odjeżdżamy. Pierwszy przystanek to Debark ( stąd wyruszają trekingi do gór Siemen ). Ogólnie jest to straszna dziura, a stacja Shella wygląda dziwnie. Po wyjeździe z miasta wjeżdżamy w góry - kręta, górska droga, zbudowana przez Włochów ( jest nawet monument ku czci tych, którzy zginęli przy budowie ) wiedzie przez wspaniałe góry. Po drodze stajemy w pewnej wiosce - spotykamy tam wielbłąda i małpki. Przepiękna perspektywa najwyższych szczytów gór.  Po opuszczeniu gór wyjeżdżamy na równinę, by wieczorem dotrzeć do Shirez. Jest już ciemno, mam kłopoty ze znalezieniem hotelu - pomaga mi jakiś chłopak ( 2 Birry za fatygę ) - okazuje się, że jest całkiem miły blisko dworca autobusowego ( 15 Birrów za pokój ). Jem coś w miejscowej restauracyjce ( 7 Birrów za indżerę ). Gdy rozpakowuję plecak, okazuje się, że rozlał mi się płyn do kąpieli i sporo czasu zajmuje mi doprowadzenie wszystkiego do porządku. Później okazało się, że to miasteczko było dla mnie pechowe ...
Rano następnego dnia idę na stację ( bilet do Aksum kupiłem już poprzedniego dnia po przyjeździe ). Po otwarciu bram wszyscy biegną do autobusów. I w tym zamieszaniu "znika" mój portfel. Jestem jakieś 60$ do tyłu, wściekły. Dobrze, że chociaż bilet miałem w ręku i mi został ... Po jakiś 2 godzinach dojeżdżamy do celu. Znajduję pokój w hoteli Africa ( normalna cena - 50 Birrów, wytargowałem 40 Birrów za pokój  z łazienką i ciepła wodą ). Jem śniadanie w Axum Touring Hotel ( stek, taki sobie - 12 Birrów ). Dość szybko przykleja się do mnie jakiś dzieciak - przewodnik. Idę na bazar - robię trochę zdjęć. Potem idę do Muzemu Narodowego i stell ( bilet łączny 50 Birrów, przewodnik ostrzega mnie przed dzieciakiem - przewodnikiem ). Zbiory muzeum są raczej skromne,. ale stelle wspaniałe. - od największej leżącej do mniejszych stojących. Jest też dół po jednej ze stelli wywiezionej w czasie włoskiej okupacji do Włoch, podziemny grobowiec ( obrabowany ), z "fałszywymi drzwiami". Potem idę do pałacu króla Kaleba, a raczej do jego ruin. O ile sam pałac jest nie jest zbyt atrakcyjny ( kilka podziemnych krypt ) to droga do niego ciekawa ( wzdłuż pól traw z których nasion robi się mąkę do wypieku indżery, po drodze mija się starożytną stellę z napisami w trzech językach - arabskim, greckim , gez - umieszczoną w domeczku, bo kto ją ruszy, wg legendy umrze ). Z góry są niesamowite widoki na góry Siemen. Spotykam tam też wycieczkę z Irlandii - jedyny raz w Etiopii. W drodze powrotnej kupuje pamiątki - małą skórzaną  Biblię i zwój za 50 Birrów. Potem zachodzę na taras widokowy ze wspaniałymi widokami na stelle i kościół Maryi z Syjonu. Pod wpływem błagań jednego dzieciaka kupuje od niego dwa małe krzyżyki za 13 Birrów. Uradowany prowadzi mnie do "pijalni" tadżu ( alkoholowego napoju z miodu, podobno najlepszego właśnie w Axum )  Kolację jem w hotelu ( 10 Birrów za stek i 3,5 za piwo Dashen ).
Następnego dnia 02.11.2001 śpię dość długo, i po smacznym śniadaniu ( jajka za 4 Birry ) idę w towarzystwie mojego "przewodnika" idę do kościoła Maryi z Syjonu ( St. Mary of Sion ). Wstęp to znowu wydatek 60 Birrów. Oglądam z zewnątrz nowy kościół, budynek, gdzie podobno przechowywana jest Arka Przymierza ( strażnik Arki pokazuje mi skarby świątyni ), wchodzę do starej świątyni. Wszystko to pokazuje mi strażnik, potem chce oczywiście jakieś pieniądze - wykręcam się 2 Birrami ( przy takim koszcie wstępu przewodnik powinien być w cenie biletu ). Potem wymieniam pieniądze ( o dziwo nie ma kontroli przy wejściu do banku ) i potwierdzam mój lot w liniach lotniczych ( opłata lotniskowa to 10 Birrów, a nie 10$, jak twierdzi przewodnik LP ). Żegnam mojego "przewodnika" - nic mu nie daję, jest zawiedziony, ale cóż mówiłem mu od początku. Wymieniamy się adresami ( tak robią tutaj wszyscy, ciekawe, czy ktoś napisze )
Po południu robię sobie wycieczkę do pałacu królowej Saaby ( wstęp na podstawie biletu z muzeum ). Pałac to właściwie ruiny, po przeciwnej stronie drogi są małe, dość ciekawe stelle. Jednak sama przechadzka jest bardzo ciekawa - wspaniałe krajobrazy, wielbłądy, transporty wojskowe jadące w stronę granicy z Erytetreą ( towarzyszą im rosyjskojęzyczni żołnierze UN, mieszkający w moim hotelu ). Kupuję jeszcze trochę pamiątki - kamienne krzyżyki z wygrawerowanymi imionami ( 3 sztuki za 20 Birrów ), miotełki do odpędzania much i przepiękne malowidło na skórze ( 105 Birrów ).
Wieczorem po kolacji, wychodzę na miasto. Jednak życie nocne tutaj praktycznie nie istnieje ( spotykam tylko żołnierzy UN w barze ). W moim hotelu spotykam dziwną wycieczkę - czarne kobiety z RPA.  
03.11.2001 opuszczam hotel i jadę na lotnisko ( gratis - dla gościa hotelowego ). Przed wjazdem policja sprawdza mój paszport i bilet. Przechodzę ręczną kontrolę bagaży - dla mnie pobieżną, dla miejscowych bardzo szczegółową. Lot jest bardzo spokojny, podają nawet ciasteczka. Po 40 minutach lądujemy na miejscu - jestem jedynym pasażerem wysiadającym w Lalibeli.

Lalibela-targ 1 Lalibela-targ 2 Lalibela-targ 3 Lalibela-targ 4 Lalibela-targ 5 Lalibela-targ-kobieta Lalibela-targ-osłów Lalibela-widok Lalibela-kościół Lalibela-kośćiół Bet Medhane Alem Lalibela-kościół Bet Giyorgis 1 Lalibela-kościół Bet Giyorgis 2 Lalibela-kościół Bet Giyorgis 3 Lalibela-kościół Bet Giyorgis 4 Lalibela-ksiądz 1 Lalibela-ksiądz 2 Lalibela-ksiądz 3 Lalibela-ksiądz 4 Lalibela-ksiądz 5 Lalibela-płaskorzeźba Lalibela-księża Lalibela-przejście Lalibela-drzwi Lalibela-pustelnik Lalibela-tabot Lalibela-Grób Chrystusa Lalibela-krajobraz z góry 1 Lalibela-krajobraz z góry 2 Lalibela-krajobraz z góry 3 Lalibela-chlopcy.jpg (29035 bytes)Lalibela-"umbrella" Lalibela-wschodnia grupa kościołów 1 Lalibela-wschodnia grupa kościołów 2 Lalibela-przed-kościołem Lalibela-domy Lalibela-szkoła Lalibela-kobieta

 Z  lotniska wsiadam do jednego z dwóch oczekujących minibusów, dzięki konkurencji udaje mi się zbić cenę do 20 Birrów. Po sprawdzeniu dwóch hoteli zostaję w Lal ( znacznie tańszy niż twierdzi przewodnik LP, 50 Birrów za pokój z zimna wodą, utargowane z 60 ). Po wyjściu na miasto zostaje otoczony przez grupę dzieci, które chcą mi pokazać miasto. Moim przewodnikiem zostaje "umbrella". Wpierw idziemy na targ. Oglądam stoiska z przyprawami, nasionami, sprzedaż bydła i osłów, a także miodu i liści jakiejś rośliny ( nie czatu ). Bilet wstępu do wszystkich kościołów kosztuje 100 Birrów. Najpierw zwiedzam kościoły jednej grupy  - zaczynamy od Bet Medhane Alem ( ogromny, otoczony przez kolumny, tutaj spoczywa słynny krzyż z Lalibeli - skradziony i odzyskany, niestety niedostępny do obejrzenia ), potem przechodzimy tunelem do Bet Maryam i Bet Meskel, a przede wszystkim najsłynniejszy, zbudowany na planie krzyża Bet Giyorgis.  Po drodze oglądam też grób Chrystusa oraz pustelnika żyjącego w jaskini. W prawie każdym kościele kapłani pokazują swoje sakrby - głównie krzyże. W jednym mam okazje obejrzeć tabot ( replikę Arki ) - zwykle przechowywany w najświętszym miejscu światyni ( ten jest zabytkiem, już nieużywanym ). Po wyjściu z kościołów idę do Ethiopian Airlines ( chcę przełożyć datę wylotu na wcześniejszą, jestem na liście oczekujących ). Jem obiad w restauracji Blue Nile ( dość prymitywny wygląd, ale smaczne jedzenie - stek 10 Birrów, zimny napój 3 Birry , piwo 4 Birry ). Po powrocie i kąpieli umawiam się na 21:30 z moim "przewodnikiem" na oglądanie w jednym z kościołów uroczystości religijnych i śpiewów.  Okazuje się, że uroczystości są z okazji święta - ucieczki Matki Boskiej z Jezusem do Egiptu. Cała uroczystość jest przepiękna - bicie w bębny, tańce diakonów, śpiewy kapłanów ( a szczególnie jednego bardzo uzdolnionego wokalnie księdza ), potem procesja z kadzidłami. Z żalem wracam do hotelu - uroczystości będą się ciągnąć godzinami, dzieci ( w tym mój przewodnik ) zostaną i spędzą noc w świątyni. Umawiam się z 
"umbrellą" ( takie ma przezwisko, bo jego imię po amharsku znaczy właśnie parasol ) na jutro na 6:30 na wędrówkę do monastyru na górze. Mimo początkowych kłopotów ( jakoś nie możemy się spotkać ) wyruszam do góry wraz z moim przewodnikiem - wpierw drogą, a potem ścieżkami. Mnóstwo dzieciaków sprzedaje kamienie ( 1-2 Birry ) i śmieszne czapki (15 Birrów po targach ). Nie chce mi się wspinać aż do monastyru, więc oglądam tylko wspaniałe widoki na okoliczne wzgórza. Po powrocie i obiedzie w hotelu ( niestety aż 27 Birrów ) idę zwiedzać drugą grupę kościołów. Oglądam Bet Amanuel, Bet Merkorios, Bet Abba Libanos ( połączony długim, 20 metrowym  tunelem z kaplicą ) i Bet Gabriel-Rufael.. Część kościołów jest chroniona przez ohydne dachy z blachy falistej. Płacę mojemu przewodnikowi - 100 Birrów to mnóstwo pieniędzy, ale oprowadzał mnie bardzo profesjonalnie. Po powrocie sprawdzam jeszcze sytuację w liniach lotniczych  ( będą wiedzieć dopiero po 17:00 ). Gdy siedzę w kawiarence pijąc miejscową wodę Ambo ( całkiem dobra w szklanych butelkach - 3 Birry ) przechodzi uroczysty pogrzeb ( podobno miejscowego nauczyciela - wiem od "umbrelli " ). Włóczę się jeszcze po mieście. Po powrocie dzwonię do Ethiopian Airlines - okazuje się, że nie ma biletów na wcześniejszy termin i jeszcze jeden dzień spędzę w Lalibeli.  Wieczorem jem kolację w międzynarodowym towarzystwie. 
Następny dzień ( 05.11.2001 ) spędzam na poznawaniu uroków miasta na własną rękę. Idę w kierunku szkoły podstawowej i szpitala. Oglądam niesamowite widoki. Ciągle chodzą jednak za mną jakieś dzieciaki, co jest trochę denerwujące. Potem jem obiad w Blue Nile" ( spaghetti 16 Birrów, 2 Birry pepsi ) i zwiedzam trochę kościoły "na spokojnie". Spotykam nawet jakąś grupę z Polski. Trochę oglądam różne pamiątki, ale w końcu nic nie kupuję. Spotykam miejscową dziewczynę, która chce mnie zaprosić na kawę ...
06.11.2001 wstaję przed 6:00 i idę zobaczyć nabożeństwo, na którym ma być podobno wystawiony słynny krzyż z Lalibeli. I rzeczywiście jest - duży, złoty, o typowym kształcie, bez wyszukanych ozdób. Msza jest sprawowana w zamkniętym pomieszczeniu, dostępnym tylko dla duchownych. W innych częściach świątyni trwają tańce, śpiewy gra na bębnach. Nabożeństwo trwa bardzo długo - godzinami. Wiele modlących się osób ma specjalne kije, na których się opiera ( i czasami przysypia ). Na zewnątrz trwa kazanie, po około 1,5 godzinie wychodzę, choć msza wcale nie zbliża się do końca. Z hotelu jadę na lotnisko ( z przesiadką bo autobus z lotniska się spóźniał ). Po bardzo  szczątkowej kontroli lecimy - z międzylądowaniami w Gonder ( bardzo ciekawa architektura lotniska, w kształcie zamku ) i Bahar Dar. Posiłek to ciasto z truskawkami i napój. 

Harar-brama Harar-wnętrze domu Harar-dom Haile Selassie Harar-kobieta Harar-kobiety 1 Harar-kobiety z ludu Oromo Harar-sklep z mięsem Harar-kobiety 2 Harar-targ Harar-ulica 1 Harar-ulica 2 Harar-ulica 3 Harar-ulica 4 Harar-żucie czatu Harar-panorama Harar-meczet Harar-mężczyzna Harar-pomnik Ras Makonena Harar-człowiek karmiący hieny Harar-karmienie hien 1 Harar-karmienie hien 2 Harar-karmienie hien 3 Harar-karmienie hien 4 Harar-karmienie hien 5 Harar-karmienie hien 6 Harar-karmienie hien 7 Harar-karmienie hien 8

Po przylocie do Addis jadę taksówką - znowu do Park Hotel ( 20 Birrów ), a potem załatwiam różne sprawy. Kupuję bilet do Dire Dawa ( 52 Birry, do Hararu biletów już nie ma ), korzystam z Internetu, robię zakupy. Wieczór spędzam znów w Al-Mendi. Tym razem baluję ( z tą samą ekipą co poprzednio - przychodzą tu codziennie przez cały swój pobyt w Etiopii ) całą noc - żuje czat, piję piwo w barze, a potem tańczę w modnej, drogiej dyskotece ( piwo 10 Birrów ). Poznaję całkiem fajne dziewczyny, które oczywiście chcą koniecznie pojechać ze mną do hotelu ... Taksówka do hotelu kosztuje mnie 20 Birrów, jednak praktycznie nie śpię w pokoju. Już po godzinie ta sama taksówka  za kolejne 20 Birrów zawozi mnie na dworzec autobusowy. Panuje tam, jak zwykle ogromny bałagan. Wymuszają na mnie 10 Birrów za bagaż ( miejscowi też płacą, a bez tej opłaty nie ma mowy o załadowaniu plecaka na dach ). Aby wejść do autobusy ( otwarte tylko tylnie drzwi ) trzeba odstać w jakiejś idiotycznej kolejce. Zaraz po rozpoczęciu podróży przysypiam, gdy się budzę jedziemy przez bardzo monotonny, półpustynny krajobraz. Nie czuję zbyt dobrze, to chyba efekt wczorajszej balangi ... Po przejechaniu rzeki zatrzymujemy się około 13 na postój i lunch w jakiejś mieścinie. Wypijam colę i sprite w jakiejś restauracji i to znacznie poprawia moje samopoczucie. Gdy płacę, kobieta oprócz 4 Birrów za napoje prosi mnie o jakiś datek, bo jest biedna. Na ulicach wszędzie sprzedają czat. Potem jedziemy przez góry - wszędzie zieleń, pola uprawne, wioski, kolorowo ubrane kobiety. Nawierzchnia drogi jest fatalna. Trwają prace nad jej asfaltowaniem, ale sposób ich wykonywania  ( kawałek drogi z asfaltem, kawałek bez ) tylko spowalnia jazdę. Można kupić kawałki trzciny cukrowej i je żuć. Po krótkim postoju na stacji benzynowej dojeżdżamy wreszcie późnym wieczorem do celu. Nie chcą mi oddać bagażu ( mam odebrać rano ), dopiero po ostrej kłótni go zabieram. Ktoś pokazuje mi drogę do hotelu - potem chce za to 10 Birrów. Po ostrej kłótni daję mu w końcu na odczepnego 2 Birry. Pokój kosztuje mnie 25 Birrów ( z łazienką ), pasta na kolację 4 Birry.
Następnego dnia ( 08.11.2001 ) z ulgą opuszczam Dira Dawa i jadę minibusem do Harar ( 1,5 godziny, 9 Birrów ). Po dotarciu na miejsce łapie mnie jakiś miejscowy przewodnik ( jak się później okazuje - absolwent weterynarii na Kubie ) . Umawiam się z nim na 40 Birrów. Potem żałuję tego - przewodnik był zupełnie zbędny, wszystko można zobaczyć samemu, ale jakoś tak się rozbestwiłem po Lalibeli. Zamieszkuję w hotelu Tewodros ( 35 Birrów za pokój z łazienką ), jem śniadanie ( 5 Birrów za jajecznicę ) oraz wykupuję bilet na prywatny autobus do Addis ( 90 Birrów, znacznie drożej niż autobus państwowy, ale wyrusza o trzeciej w nocy i ma być już po 12 godzinach na miejscu ). Przewodnik pokazuje mi miasto - bramy, wąskie uliczki, małe meczety, groby islamskich świętych. Mijamy dom w którym urodził się cesarz Haile Selassie ( a właściwie pałac jego ojca Ras Makonena, sam cesarz przed koronacją nosił nazwisko Ras Tafari ) Odwiedzamy jeden z miejscowych domów. Oczywiście jest tam sprzedaż pamiątek, ale poza tym całkiem ciekawy, tradycyjny wystrój, z rodzajem podestu wyłożonego dywanami, gdzie każdy zajmuje miejsce zależne od jego ważności. Nic nie kupuję - za drogo. Oglądam jeszcze rynki - muzułmański i chrześcijański poza murami miasta. Odpoczywam na tarasie hotelu ( woda Ambo 2,5 Birra ), a potem jeszcze samodzielnie zwiedzam miasto. Po południu miasto wyludnia się - wszyscy mężczyźni żują czat, nawet właściciel knajpki.  Za 10 Birrów jem dobry stek w hotelu Ras, a za 3 Birry piję wspaniały sok w Canal Cafe. Idę na drugi kraniec miasta - tam widzę kobiety z ludu Oromo niosące ciężary na głowie. Dzieciaki oprowadzają mnie trochę - pokazują 2 bramy, grób świętego. Idę też do karmiącego hieny, opisanego w przewodniku LP ( Yusuf Ahmed ) - rolnika, żonatego, z pięciorgiem dzieci. Za karmienie hien chce wpierw 50 Birrów, a potem nawet 40. Jednak mój przewodnik już umówił mnie z innym karmiącym hieny ( za 40 Birrów ). Kupuję trochę prezentów ( razem za 50 Birrów, min. przepiękny talerz i pudełeczko ). Jestem niezadowolony z przewodnika - mówię mu to w hotelu, on przekonuje mnie min. pokazując zdjęcia i przedstawiając zadowolonego klienta ( Holendra ). Po zmierzchu idziemy zobaczyć karmienie hien. Idziemy drogą na skróty, wyraźnie unikając policji, (  podobno dla mojego bezpieczeństwa ! ), chyba dlatego, że nasz karmiciel hien ( wyglądający, jak jakiś rastafarianin ) jest niezbyt legalny. Samo przedstawienie jest niesamowite - hieny dostają mięso prosto z ust. Gdy wracamy do hotelu i płacę mojemu przewodnikowi ten usiłuje jeszcze wysępić jakiś długopis, albo podkoszulkę ( czym mnie bardzo denerwuje - nic ekstra mu nie daję ). Ponieważ brak jest wody miejskiej ( co podobno w tym mieście jest normalne ) myję się woda z kubła. W nocy źle śpię - mam gorączkę, a po północy  zaczyna się walka psów z hienami - szczekanie i wycie.
Około 3 nad ranem przyjeżdża pod mój hotel autobus i wyruszam w drogę do Addis. Wydaje mi się, że jedziemy szybciej niż w ta stronę, mamy tylko półgodzinną przerwę na obiad. Jednak tuż za miastem Awash jest kontrola celna - urzędnicy ( wcale na takich nie wyglądający ) rekwirują telewizor, jakieś paczki, koce wiezione przez kierowcę - przemyt z Somalii. Negocjacje ( jak myślę o wysokość łapówki za odzyskanie towaru ) trwają jakieś 1 1/2 godziny. Gdy wreszcie ruszamy okazuje się, że dopędził nas rejsowy państwowy autobus. Szybko przejeżdżamy przez przepiękny park narodowy Awash, tankujemy też w dość ekspresowym tempie. W miejscowości Nazaret niezadowoleni pasażerowie z mniejszą ilością bagażu wymuszają przesiadkę do minibusu ( 10 Birrów płaci obsługa autobusu ), który szybciej zawiezie nas do celu. W Addis przesiadam się na Meskel Square i znowu jestem w Park Hotel ( tym razem trochę luksusu - pokój za 45 Birrów z łazienką ). Podróż do Hararu kosztowała mnie więcej niż powinna.

Langano-wielbłady Abiata-Shala-antylopy 1 Abiata-Shala-antylopy 2 Abiata-Shala-antylopy 3 Abiata-Shala-ptak 1 Abiata-Shala-ptak 2 Abiata-Shala-domy Abiata-Shala-ul Abiata-Shala-gorące źródła Abiata-Shala-krajobraz 1  jezioro Abiata Abiata-Shala-krajobraz 3 Abiata-Shala-sawanna Abiata-Shala-struś Abiata-Shala-strusie Abiata-Shala-strażnik 

Kolejny pobyt w stolicy spędzam głownie na załatwianiu różnych spraw - potwierdzenie biletu ( biuro Kenya Airways przeniosło się do Hiltona ), wymiana pieniędzy ( chciałem wymienić 10$ ze 100$ banknotu, co było niemożliwe w banku, ale możliwe w jakimś sklepiku, jakiś "życzliwy" miejscowy za wskazanie tego sklepiku chciał pieniędzy, ale musiał obejść się smakiem ), skorzystanie z Internetu ( naprzeciwko Ibex Lalibela, szybki, tylko 0,75 Birra/minutę ), zakup filmu ( Kodak 36 22,5 Birra ). Za to nie mogę oddać nigdzie rzeczy do prania - wszędzie pralnie chemiczne z kilkudniowym czasem oczekiwania. Wieczór tradycyjnie już spędzam w Al-Mendi. Po drodze, przy Mesle Square ( ogromny plac zbudowany w czasach reżimu komunistycznego na potrzeby defilad ) mijam koncert z muzyką afrykańską ( porządku pilnują panowie z drewnianymi pałami ). W "czatowni" nie ma stałych bywalców ( gdzieś wychodzą ), za to odbywam ciekawą rozmowę z trójką Etiopczyków ( jedna z nich pracowała w Bahrajnie i dlatego bywa w takim arabskim lokalu ). Potem odwiedzam jeszcze bar  ( gdzie "przylepia" się do mnie całkiem ładna prostytutka i proponuje mi swoje usługi za 100 Birów ) oraz dyskotekę Ramazzoni ( piwo 12 Birrów ) gdzie wraz z Jimmim tańczymy w miłym towarzystwie do samego rana. To moja ostatnia rozrywkowa noc w Etiopii.
11.01.2001 po krótkiej drzemce pakuję się i idę na stację autobusów krótkodystansowych. Za 20 Birrów ( i 5 za bagaż ) kupuję bilet do Langano ( cena ta sama co do Shashemene ). Podczas podróży ucinam sobie miłą pogawędkę ze starszym panem ze wsi koło Shashemene, którego syn mieszka w Europie - wymieniamy się adresami ( prosi  mnie o mój e-mail  ! ). Krotki postój w Ziway spędzam na posiłku ( dobry makaron za 6 Birrów ). Tylko dzięki pomocy mojego współtowarzysza podróży wysiadam w Lanngano, czyli w szczerym polu przy polnej drodze wiodącej do ośrodka wypoczynkowego Bekele Mola Hotel nad jeziorem Langano. Po godzinnym marszu w upale i kurzy ( 3 km ) docieram na miejsce. Za dwuosobowy bungalow płacę 60 Birrów. Mają tutaj prąd z generatora, a ponieważ jest koniec weekendu liczne samochody właśnie opuszczają ośrodek. Mój domek trochę cuchnie stęchlizną, ale jak na etiopskie warunki miejsce jest dość eleganckie ( są jeszcze droższe, większe domki ). Po rozpakowaniu wracam kawałek drogą, aby coś zjeść w tak polecanym przez przewodnik LP barze Jungle Bar, ale tam nic nie mają do konsumpcji, poza ciepłą colą. Chcę zrobić zdjęcia wielbłądów, ale ich poganiacz bardzo ostro protestuje, wręcz mi grozi ( wykonując gest podrzynania gardła ), chce jakieś ogromne pieniądze. W końcu robię zdjęcie, trochę mu na złość, ale ładne ujęcie przepadło. Wracam do hotelu i jem w miejscowym barze ( najtańsza zupa fasolowa kosztuje 12 Birrów, cola 5 Birrów, inne dania 25 Birrów ). Podziwiam jeszcze zmierzch chodząc po plaży ( mają tu nawet rowery wodne i kapoki ). Myję się - jest nawet ciepła woda. Kładę się spać z lekkim niepokojem, jak jutro mi się uda powrócić do cywilizacji. Następnego dnia wstaję około 6, aby wyruszyć jeszcze w chłodzie poranka. Strażnik prosi mnie o jakieś pieniądze, ale mu tłumaczę, że jestem biedny - przecież przyszedłem tu piechotą. Dochodzę dość szybko do głównej drogi, przechodzę przez asfaltową szosę i docieram do bramy parku narodowego Abiato-Shala.  W budyneczku w którym mieszkają strażnicy zostawiam mój plecak, dostaję butelkę wody ( i tak jej nie będę pił ) i z małym plecakiem ruszam wraz ze strażnikiem ( który ma stary karabin ). Mijamy stado strusi i przechodzimy przez bramę do części parku otwartej dla miejscowych ( do zamieszkania, wypasu bydła itd ). Widzimy gazele Thompsona. Mijamy wioskę i szkołę ( w parku narodowym ! ), widzę ul dzikich pszczół. Dochodzimy do punktu widokowego ( są nawet ławeczki ), skąd rozciąga się przepiękny widok na jeziora Abiato i Shala. Docieramy do gorących źródeł, w których ludzie kapią się i gotują kukurydzę ( także mój przewodnik rozbiera się i bierze kąpiel ). Wszędzie jest dużo ludzi i bydła. Potem idziemy wzdłuż brzegu jeziora ( kapiące się nago kobiety na mój widok uciekają w popłochu ) i po zatoczeniu koła wracamy z powrotem. Przy ogrodzeniu widzę znowu gazele i strusie. Napotykamy człowieka wyrąbującego drzewo ( w parku ! ), a mój przewodnik ( strażnik parkowy ) mu doradza. (!).  Po powrocie płacę 50 Birrów za bilet wstępu do parku na 48 godzin i 50 Birrów dla mojego przewodnika. Łapię minibus, goni mnie jeden ze strażników, abym się wpisał do książki gości ( coś tam wpisuję na odczepnego ). Za 6 Birrów jadą najpierw do Bulbila, a tam przesiadam się do innego pojazdu do Ziway. Po długim krążeniu w oczekiwaniu na pasażerów ruszamy w drogę i docieramy szybko na miejsce.

Ziway-hotel z samochodem Ziway-poznana dziewczyna Ziway-ptak na jeziorze Ziway-osiołek Ziway-ptaki 1 Ziway-ptaki 2 Ziway-ptaki 3 Ziway-zachód słońca

Po dotarciu do Ziway w pierwszej kolejności idę do jakiejś knajpki i wypijam ( miejscowym zwyczajem ) colę z Ambą. Byłem spragniony, a woda mi się kończyła. Udaję się do Park Hotel ( zgodnie z przewodnikiem LP ), gdzie za 33 Birry dostaję prawdziwy apartament - duży pokój z ciepłą wodą ( jest nawet przycisk do wzywania obsługi hotelowej ). Tylko nigdzie nie ma pralni ( tylko pralnie chemiczne z długimi, kilkudniowymi terminami ), więc sam urządzam sobie przepierkę ( zostawię tutaj niestety mój sznurek ... ). Na obiad idę do knajpki, gdzie jadłem w drodze do Langano. Niestety zamówione mięso owcze jest twarde i łykowate - praktycznie niejadalne. Na szczęście miły kelner wymienia mi je na smaczny makaron, za który nawet nie muszę dopłacać ( mięso 10 Birrów, 3 Birry piwo, 2 Amba ). Resztę dnia spędzam odpoczywając. Dość wcześnie idę spać.
13.11.2001 budzi mnie dość głośna muzyka. Dopiero po moich protestach ściszają ją i mogę spać dalej. Gdy wychodzę na dwór świeci już mocno słoneczko. Siadam przy stoliku i zastanawiam się nad planem na najbliższy czas. Przychodzi pracownica hotelu i chce, żebym jej zrobił zdjęcie ( spławiam ją ), a potem jakaś dziewczyna proponuje mi wycieczkę po jeziorze ( godzę się, i tak to miałem w planach ). Jedziemy gari ( rodzajem bryczki konnej ) nad brzeg jeziora , a potem pływamy łódką po jeziorze. Widzimy ptaki, hipopotamy i ludzi wycinających trzcinę. Moja współtowarzyszka nie chce słyszeć, aby to ja zapłacił i sama płaci za przejażdżkę ( 10 Birrów, targowała się od 20 ). Wracamy do hotelu,, dziewczyna bierze kąpiel ( w mojej łazience :-) ). Potem idziemy  ( a raczej jedziemy gari za 2 Birry ) do Tourist Hotel, gdzie funduję jedzenie  - Kitfo ( rodzaj indżery z mięsem, za 18 Birrów ). Obok znajduje się inny hotel z samochodem wmurowanym w budynek. Przy dokładniejszym przyjrzeniu się okazuje się, że ten samochód to maluch ...Jest naprawdę bardzo miło - rozmawiamy. Dziewczyna jest studentką z Addis, teraz na wakacjach. Umawiamy się na godzinę 21 na dyskotekę. Gdyby nasza znajomość zakończyła się teraz miałbym bardzo miłe wspomnienia.  Tymczasem idę nad jezioro, wstępując po drodze do supermarketu ( mydło tureckie 3 Birry, Protect - 6 ). Dochodzę do tzw. "lafeterii", czyli miejsca gdzie rybacy wyrzucają resztki z połowów, co zwabia tam mnóstwo ptaków. Oglądam wspaniały zachód słońca. Jest przepięknie. Wracam powoli , rozkoszując się tą niesamowitą chwilą  przed zmierzchem. W hotelu już czeka na mnie moja dzisiejsza znajoma. Jest z koleżanką, także studentką z Addis. Piejmy piwo, dołącza się też szefowa hotelu. Idziemy w poszukiwaniu dyskoteki ( dołacza do nas jakis chłopak z hotelu - dla bezpieczeństwa ) - obchodzimy 2 bary i Tourist Hotel. Ale wszędzie smętnie. Chcą, abym fundował wszędzie colę dziewczynie i piwo chłopakowi. Na początku godzę się, ale gdy oczekują, że zapłacę 10 Birrów za ich jedzenie - odmawiam.  Uważam to za pewną przesadę. Nieoczekiwanie dziewczyna obraża się i żąda zwrotu pieniędzy za pływanie łódką po jeziorze. To mnie naprawdę wkurza. Wybucha kłótnia. Po powrocie do hotelu dziewczyna nie chce mi oddać pożyczonej czapki i klapek ( zatrzyma to jako rodzaj rekompensaty ). Postanawiam jej dać nauczkę - wzywam strażnika hotelowego i grożę wezwaniem policji - dostaję moją własność z powrotem. A więc to wszystko, to była tylko gra. Najpierw zainwestować, aby później wyciągnąć pieniądze od naiwnego jelenia. Cieszę się, że się nie dałem naciągnąć, ale jest też mi bardzo smutno, że tak się to wszystko skończyło. Idę spać. Następnego dnia wstaję wcześnie rano ( 7:30 ), bo chcę jak najszybciej opuścić ten hotel. Na "dworcu autobusowym" ( właściwie parę autobusów przy bocznej uliczce ) kupuję bilet do Debre Zeyit ( stargowałem z 25 do 15 Birrów - tyle samo, co Addis ). Gdy przejeżdżamy przez tą miejscowość siedzący koło mnie dziadek zaczyna mnie przekonywać, że to nie jest to właściwe Debre Zeyit, bo jest kilka miejscowości o tej samej nazwie. Tak mnie skołował, że zanim się zorientowałem, że chciałem dobrze wysiąść, było już za późno. Zostało mi tylko jechać do Addis i tam ( z pomocą innego pasażera autobusu, bardzo miłego ) złapać minibus do Debre Zeyit ( 3,5 Birra ). 

Debre Zeyit-krater jeziora Bishoftu Debre Zeyit-jezioro Hora-święte drzewo Debre Zeyit-gari

Dworzec autobusowy w Debre Zeyit znajduje się poza miastem. Za kilkadziesiąt centów dojeżdżam do centrum minibusem i wynajmuje pokój w Hoteela Tarminaalii. Biore pokój z prysznicem ( 10 Birrów, 2 Birry taniej bez prysznica ). Toaleta jest na zewnątrz i przedstawia stan opłakany ( sławojka kucana o niskiej czystości ). Za to na noc dostaję nocnik, aby nie musiał wychodzić ! Wyruszam na miasto - wpierw do hotelu Bishoftu. Jem tam dobry ( ale i drogi - 15 Birrów ) makaron oraz podziwiam ładną panoramę jeziora Bishoftu położonego w kraterze wygasłego wulkanu. Niedaleko hotelu, obok biblioteki publicznej jest świetny widok na jezioro i można zrobić ciekawe zdjęcie. Postanawiam przejść się do innego jeziora Hora. Cały brzeg jeziora jest jednak zabudowany. Jakieś miłe kobiety usiłują mi pokazać drogę, ale tylko jedna z nich ( i to słabo ) mówi po angielsku. Ale zjawia się jakiś miły człowiek ( nauczyciel tenisa ziemnego w klubie biznesu ) i prowadzi mnie do miejsca, gdzie jest otwarty widok na jezioro. Rośnie tam święte drzewo będące obiektem kultu, a w październiku miejscem rytuałów dotyczących plonów. Na te uroczystości zjeżdżają ludzie nawet z innych krajów afrykańskich. Rozmawiamy o informatyce, okazuje się bowiem że mój przewodnik chce studiować zarządzanie systemami informatycznymi. Wracam do hotelu minibusem ( 2 Birry ). Przed snem wypijam jeszcze przepyszny sok za 2,30 Birra w jednej z kawiarenek ( na podłodze położone znowu jakieś łodygi roślin, ciekawe po co ? ). Po spokojnie spędzonej nocy, z samego ranka jadę do Addis ( oprócz 3,5 Birra chcieli dodatkowej opłaty za bagaż, ale nic nie dałem ).

Addis-plac Meskel Addis-Africa Hall i slumsy Addis-katedra św Jerzego Addis-katedra św Jerzego-malowidło Addis-tablica informacyjna Addis-katedra św Trójcy

To już ostatni mój pobyt w stolicy Etiopii. Znowu mieszkam w hotelu Park Hotel ( pokój z łazienką za 45 Birrów ). Dzwonię do ambasady Kenii, upewnić się, co do ceny wizy na lotnisku. Pani w ambasadzie mówi mi, żebym przyjechał do nich, bo tak będzie pewniej, a wizę dostanę już na wieczór. Postanawiam jednak ni tracić czasu i pieniędzy i zaryzykować otrzymanie wizy na lotnisku. Co później okazało się jak najbardziej słuszną decyzją. Ambasada chyba rozpaczliwie potrzebowała funduszy ...
Po zjedzeniu pizzy w Ibex Lalibela oraz skorzystaniu z Internetu w Intelcom. Co i rusz podchodzą do mnie różni ludzie zagadując i coś oferując. - np. ktoś przedstawiający się jako pracownik informacji turystycznej  proponujący mi pokazanie tańców ludowych. Grzecznie odmawiam, bo niestety wiem, że chodzi o wyciagnięcie pieniędzy. Gdy chcę zrobić zdjęcie Africa Hall ( na tle slumsów ) jakaś grupka 7podrostków twierdzi, że to zabronione i chce pieniędzy. Kończy się przepychankami z nimi, prawie bójką. Pomaga mi jakiś Somalijczyk , ( chce mi pokazać miasto, delikatnie go zbywam ).  Chciałem wejść do środka Africa Hall, ale to podobno niemożliwe. Robię zdjęcie tej budowli ze stadionu sportowego przy Meskel Square. Po południu idę w stronę Piazza, jakiś człowiek namawia mnie na wejście do sklepu z pamiątkami ( kupuję tam za 35 Birrów ładny, ale prosty krzyż metalowy ). Po dotarciu na Piazza idę do katedry San Gioyorgis ( św. Jerzego ). Tutaj za 10 Birrów biorę przewodnika, który mnie, 2 Angielki i 2 Niemców oprowadza po kościele i muzeum przykościelnym , opowiadając przy tym o wyglądzie kościoła ortodoksyjnego, przebiegu mszy, historii kościoła w Etiopii i historii tej katedry ( rozbudowana przez króla Menelika po zwycięstwie pod Adwą, wierzono bowiem, że właśnie wstawiennictwu św. Jerzego zawdzięczano tą wiktorię ). Przed kościołem trwa właśnie uroczysty pogrzeb. Po zwiedzeniu świątyni idę jeszcze na Mercado, a potem do dzielnicy islamskiej ( min. oglądam kwartał jemeński, niesamowicie kolorowy ). Wracając jem całkiem dobrego hamburgera w miłej knajpce ( 12 Birrów z napojami ), kupuje kawę w słynnym sklepie-kawiarni Tomoco ( 17 Birrów za 1/2 kilograma w torebce papierowej , była też tak sama kawa w lepszych opakowaniach za 30-40 Birrów ). Wracam do hotelu i pakuję się jeszcze przed pójściem spać.
16.11.2001 to ostatni mój dzień w Etiopii. Wstaje wcześnie rano, aby pójść do National Museum i dostać certyfikat na wywóz pamiątek. Oczywiście urzędnicy się spóźniają, a wszystko trwa długo. Pani ogląda moje przedmioty, kwestionuje malutką książkę kupioną w Aksum ( nie wolno wywozić żadnych książek pisanych na skórze - dużych, małych, starych i nowych ). Za całe sprawdzenie płacę 2 Birry w biurze muzeum, dostaję odpowiedni kwit, a moja paczka zostaje opieczętowana. Potem idę do katedry św. Trójcy. Trwa tam właśnie nabożeństwo, a zwiedzanie kosztuje 20 Birrów, więc rezygnuję z wchodzenia do środka. Z uwagi na bliskość budynków rządowych nie wolno robić zdjęć, ale dowiaduję się o tym dopiero po fakcie. Wracam na Piazza minibusem za 1 Birra , piję świetne soki ( avocado z cytryną i ananasowy - 7,5 Birra ). Wracam do hotelu, żegnam się z obsługą ( w końcu byłem tu ładnych parę razy ) i jadę taksówką za 20 Birrów na lotnisko. Książkę ze skóry chowam głęboko w plecaku. Przechodzę bez problemu przez kontrolę bagażu ( zainteresowanie wzbudza jedynie mój łańcuch ), reguluję opłatę lotniskową. Dość długo czekam na lotnisku. Lot jest spokojny, jedzenie całkiem dobre. Żegnaj Etiopio, szkoda że byłem tu tak krótko i nie zobaczyłem tylu wspaniałych miejsc - muszę tu wrócić !
     

Napisz do mnie  :  mail<wytnijtoooo>@zoch.pl

Reklama
Mazury Mielno noclegi Łeba noclegi

Etykiety piwne z różnych krajów Rok 1999 - przez Rosję i Chiny do Bangkoku Rok 2000 - w krainie Inków Marzec 2001 - Berlin i Hanower Maj 2001 - w siedem dni dookoła Syrii Sierpień 2001 - krótka wizyta w Pradze Jesień 2001 - w kolebce ludzkości Sierpień 2002 - Lwów Jesień 2002 - śladami Stasia i Nel - Sudan Egipt Jordania Miasto nad Newą Wilno Jesień 2003 - znowu w Azji Birma Tajlandia Laos Turcja i Iran 2004 Ojców i Kraków Holandia 2004 Londyn 2004 Warmia i Mazury 2005 Afryka 2005 Zdjęcia Kalifornia - maj 2006 Zdjęcia Belgia - maj 2006 Zdjęcia Berlin - lipiec 2006 Zdjęcia Rzym, Watykan, Mediolan - sierpień 2006 galerie Jemen Stambuł południowe Indie luty 2007 Azja 2007 - Jemen, Stambuł, południowe Indie Zdjęcia Norwegia czerwiec / lipiec 2007 podróż do Norwegii czerwiec / lipiec 2007 Zdjęcia Barcelona listopad 2007 Zdjęcia Petersburg kwiecień 2008 Zdjęcia Indonezja , Dubaj , Zurich kwiecień / maj 2008 Zdjęcia Rzym - sierpień 2008 podróż 2008 Indonezja , Dubaj , Zurich kwiecień / maj 2008 podróż 2009 Gwatemala , Honduras , Belize luty / marzec 2009 Zdjęcia Portugalia - wrzesień / październik 2008 Etykiety piwne z różnych krajów Rok 1999 - przez Rosję i Chiny do Bangkoku Rok 2000 - w krainie Inków Marzec 2001 - Berlin i Hanower Maj 2001 - w siedem dni dookoła Syrii Sierpień 2001 - krótka wizyta w Pradze Jesień 2001 - w kolebce ludzkości Sierpień 2002 - Lwów Jesień 2002 - śladami Stasia i Nel - Sudan Egipt Jordania Miasto nad Newą Wilno Jesień 2003 - znowu w Azji Birma Tajlandia Laos Turcja i Iran 2004 Ojców i Kraków Holandia 2004 Londyn 2004 Warmia i Mazury 2005 Afryka 2005 Zdjęcia Kalifornia - maj 2006 Zdjęcia Belgia - maj 2006 Zdjęcia Berlin - lipiec 2006 Zdjęcia Rzym, Watykan, Mediolan - sierpień 2006 galerie Jemen Stambuł południowe Indie luty 2007 Azja 2007 - Jemen, Stambuł, południowe Indie Zdjęcia Norwegia czerwiec / lipiec 2007 podróż do Norwegii czerwiec / lipiec 2007 Zdjęcia Barcelona listopad 2007 Zdjęcia Petersburg kwiecień 2008 Zdjęcia Indonezja , Dubaj , Zurich kwiecień / maj 2008 Zdjęcia Rzym - sierpień 2008 podróż 2008 Indonezja , Dubaj , Zurich kwiecień / maj 2008 Zdjęcia Portugalia - wrzesień / październik 2008 Zdjęcia Gwatemala , Honduras i Belize - luty / marzec 2009 Zdjęcia Prowansja - czerwiec 2009 Zdjęcia Paryż - lipiec 2009 Zdjęcia Supraśl - październik 2009 Zdjęcia Orissa , Bangkok , Birma - luty / marzec 2010 Zdjecia Oman , ZEA ( Dubaj ) - styczeń 2011 podróż 2009 Gwatemala , Honduras , Belize luty / marzec 2009 podróż 2010 Orissa , Bangkok , Birma luty / marzec 2010 Zdjęcia Praga Biebrza Roztocze Pólnocne Włochy - Toskania - 2010 Zdjęcia Kraków - 2011 Zdjęcia Narew - 2011 Zdjęcia Poznań - 2011  podróż Oman , Zjednoczone Emiraty Arabskie styczeń 2011

Barcelona 2007 Belgia 2006 Berlin 2006 Gwatemala Honduras i Belize 2009 Indie 2007 Indonezja 2008 Jemen 2007 Norwegia 2007 Paryż 2009 Petersburg 2008 Portugalia 2008 Prowansja 2009  Rzym 2008 Stambuł 2007 Supraśl 2009 USA Kalifornia 2006 Włochy 2006  Orissa Bangkok i Birma 2010 Zdjecia Oman , ZEA ( Dubaj ) - styczeń 2011 Praga 2010 Biebrza 2010 Roztocze 2010 Północne Włochy i Toskania 2010 Kraków 2011 Narew 2011 Poznań 2011