Boliwia
Strona domowa W górę

   Copacabana-katedra    jezioro Titicaca Wyspa Słońca ( święta skała Inków )

 

 

 

24.07.2000 wjechaliśmy do tego górskiego kraju. Granica z Peru sprawi wrażenie dużego bałaganu. Dostajemy pieczątkę, uprawniającą do 30-dniowego pobytu w kraju. Wymieniam pieniądze ( 4 sole = 6,20 boliwiano ). Szybko przejeżdżamy do Copacabana i zamieszkujemy w hotelu Aroma ( 10 boliwiano od osoby za noc ). W całym mieście ( położonym przecież nad jeziorem ) zimna woda jest tylko w godzinach 7-9. W naszym hoteliku mamy zimną i ciepłą wodę w godzinach 7-9 i 17 -20 ( zgromadzoną wcześniej ). W innych godzinach do dyspozycji jest woda w baczkach. Po głównej ulicy spływają do jeziora ścieki, wybijające z niesprawnej kanalizacji. Jemy obiad w Snack 6 de Agosto ( 10 boliwiano za dość kiepskie menu dnia ). Potem zwiedzamy miejscową katedrę z figurą Matki Boskiej - Pani Znad Jeziora, słynącą z cudów. Przychodzą tutaj liczne pielgrzymi z Peru i Boliwii. Wymieniamy pieniądze po kursie 1$=6 boliwiano. W mieście jest dostęp do Internetu ( 20 boliwiano za 15 minut ! ). Wieczorem spotykamy Polaków ( tych samych, co w Cuzco ). Jest bardzo zimno - strasznie wieje. Następnego dnia płyniemy na wycieczkę na Isla del Sol i Isla de la Luna. Wycieczka nie jest zbyt udana - na wszystko jest za mało czasu, zabytki mało ciekawe, opłaty za wstęp dość wysokie. Najpierw płyniemy na Isla del Sol ( Wyspa Słońca ) w ciągu 2 godzin oglądamy muzeum przedmiotów wydobytych z dna jeziora ( mało ciekawe ) oraz idziemy do świętej skały Inków ( 6 boliwiano). Krajobrazy są prześliczne, woda lazurowa. Gdyby nie temperatura można by pomyśleć, że jestem nad Morzem Śródziemnym. Po powrocie na statek płyniemy na drugą z wysp. Po opłaceniu następnych 6 boliwiano okazuje się, że nie było warto - zrekonstruowany klasztor inkaski nie jest zbyt ciekawy. Wracamy znowu na pierwszą wyspę, gdzie w lokalnym muzeum można za opłatę "co łaska" stroje i występy ludowe. Z barku czasu Świątynię Słońca oglądamy tylko z pokładu ...Po powrocie na ląd kupujemy bilety na autobus do La Paz na następny dzień ( 14 boliwiano ). Z okazji niedzieli mamy cały czas zimną wodę, a w budynku niedaleko naszego hotelu trwa dyskoteka.

Tihuanaco Tihuanaco-świątynia z głowami Tihuanaco-figura widok na LaPaz ulica w LaPaz 1 ulica w LaPaz 2 ulica w LaPaz 3 targ czarownic w LaPaz 

Z samego ranka jedziemy do La Paz. Po godzinie jazdy docieramy nad przesmyk Tiquina. Nasze paszporty sprawdza żołnierz Marynarki Wojennej Boliwii, następnie za 1,5 boliwiano przewozi nas na drugą stronę ( autobus oddzielnie płynie promem ). Po drugiej stronie  można podziwiać pomnik bohaterów wojny o saletrę z Chile. Nasz pojazd już na przedmieściach stolicy psuje się na tyle skutecznie, że dalej musimy jechać taksówką ( aż 25 boliwiano ). Zamieszkujemy w Alojamiento Universo ( 16 boliwiano od osoby ). Idziemy obejrzeć miasto. Rozciąga się ono na brzegach 400 metrowego wąwozu - centrum na dnie, miasto biedy El Alto ( dosłownie "miasto wysokie" ) wyżej. Jemy w Mc Donald`s ( 23 boliwiano za powiększony zestaw ) i wymieniamy czeki podróżne ( kurs 1 $ = 6,17 boliwiano ) i korzystamy z Internetu ( 8 boliwiano / h ). Chcemy coś kupić na słynnym targu rzemieślniczym, ale ceny są tam wysokie, wyższe niż w Peru.  Na głównym Plaza ( parlament, katedra, pałac prezydencki ) oglądamy uroczyste ściągnięcie flagi z masztu ( żołnierzy w strojach historycznych ochraniają współcześni z bronią ! ). Po powrocie do hotelu oddaję rzeczy do prania ( 6 boliwiano / kg ).
Następnego dnia jedziemy do wycieczkę. Najpierw minibusem w okolice cmentarza ( 1,6 boliwiano ), a potem autobusem do Tihuanaco ( 6,5 boliwiano ). Ponieważ nie mamy drobnych, jacyś podróżni pożyczają nam 10 boliwiano. Wstęp do muzeum i ruin kosztuje 15 boliwiano. Dawna świątynia w kształcie piramidy, to obecnie sterta ziemi, ale ciekawa jest świątynia z wyrzeźbionymi głowami oraz słynne posągi i Brama Słońca. Tuż obok zabytków można kupić dość tanie pamiątki. Po powrocie do miasta schodzimy do centrum przez przedmieścia. Mieszkańcy, zwłaszcza "miejskie Indianki",  są niesamowici. Po zjedzeniu okropnego obiadu w knajpce "La Fiesta" idziemy na targ czarownic. Można tam kupić magiczne proszki "na miłość" i "na interesy", amulety, suszone płody lam i pancerniki. W kawiarni internetowej jakiejś dziewczynie kradną torebkę. Znowu spotykamy Polaków i idziemy z nimi do fajnej kawiarni Eli`s. 
Następnego dnia jedziemy do Villa Fatima  ( taksówka 8 boliwiano ), a tam wsiadamy do autobusu do Coroico ( 15 boliwiano ).

droga do Coroico plantacja koki

Po drodze do Coroico mijamy kontrolę policyjną ( szukają koki, nie wolno jej przewozić w ilościach handlowych ). Kończy się asfalt i zaczyna "droga śmierci". Jedziemy górskimi serpentynami, przez przepiękne Pogórze Yungas. Mijamy resztki jakiejś ciężarówki, która spadła w przepaść. Robi się coraz cieplej. Po 4 godzinach jesteśmy na miejscu, gdzie panuje, przyjemny śródziemnomorski klimat.  Zamieszkujemy w miłym hoteliku La Casa ( 25 boliwiano od osoby ). Jest tam Internet ( 20 boliwiano / h ). Obiad w fajnej knajpce kosztuje 25 boliwiano ( stek i coca-cola ). Następny dzień zaczynamy dość późno, około południa idziemy na wycieczkę do pobliskich wodospadów. Nie są one zbyt imponujące, ale sama przechadzka jest bardzo ciekawa. Oglądamy plantacje koki i kawy, typowe dla tego rejonu. Wieczorem telewizja transmituje mecz Pucharu Ameryki. Całe miasteczko zamiera. Policja wystawia na zewnątrz megafon, przez który można słuchać transmisji meczu. Zamknięte są restauracje. Również następny poranek spędzamy na przyjemnym leniuchowaniu. Jajecznica na śniadanie kosztuje 14 boliwiano. O 13:30 wsiadamy na ciężarówkę do Yongenia ( 2,5 boliwiano ), a tam przesiadamy się do opóźnionego autobusu do Rurrenbaque ( bilet kupiony dzień wcześniej - 60 boliwiano ). Droga jest w bardzo złej kondycji i autobusem mocno trzęsie. Zatrzymujemy się w jakimś miasteczku na posiłek ( kurczak z ryżem i frytkami 6 Boliwiano, coca-cola - 3,5 boliwiano ). Czeka nas jeszcze szczegółowa kontrola w poszukiwaniu liści koki. Choć droga schodzi na nizinę nadal mocno trzęsie. 

Rurrenbarque 1 Rurrenbarque 2  Rurrenbarque-aligator 1 Rurrenbarque-aligator 2 Rurrenbarque-aligator 3 Rurrenbarque-żółw Rurrenbarque-żółwie  Rurrenbarque-ptak 1 Rurrenbarque-ptak 2 Rurrenbarque-ptak 3 Rurrenbarque-małpy Rurrenbarque-mały aligator Rurrenbarque-polowanie na anakondę 1 Rurrenbarque-polowanie na anakondę 2 Rurrenbarque-polowanie na anakondę 3 Rurrenbarque-polowanie na anakondę 4 Rurrenbarque-kapibary 1 Rurrenbarque-kapibary 2  Rurrenbarque-pampa-zachód-słońca Rurrenbarque-aligator-blisko Rurrenbarque-niebieskie ptaki Rurrenbarque-kobra 1 Rurrenbarque-kobra 2 Rurrenbarque 3 Rurrenbarque-port lotniczy

Około 9:00, po 14 godzinach jazdy autobusem docieramy do Rurrenbaque. Znalezienie wolnego miejsca w hotelu nie jest proste, niestety dotarliśmy tutaj jako chyba ostatni turyści. W końcu zamieszkujemy w hotelu El Porteno ( 20 boliwiano od osoby ze wspólną łazienką, 40 z prywatną ). Jemy dobre śniadanie - jajecznicę ( 9 boliwiano ) i lody ( 4 boliwiano ) w Heladeria Bambi. Wykupujemy wycieczkę na pampę w polecanej przez Lonely Planet agencji Eco Tours ( 3 dni po 30$ dziennie, wycieczka do dżungli kosztuje 25$ dziennie, tyle samo do parku Alto Madidi ). Mamy mieć świetnego przewodnika. Resztę dnia spędzamy na włóczeniu się po mieście, wizycie nad rzeką. Oddaję rzeczy do prania ( 8 boliwiano / kg ). W parku odbywają się targi wyrobów artystów ludowych. Kupuję łuk.
Następnego ranka oddajemy rzeczy do przechowania w naszym hotelu i idziemy do Eco Tours. Tu czeka nas niemiła niespodzianka "mały, duży problem". Nie ma wystarczającej grupy na wycieczkę na pampę, proponują nam wyjazd do dżungli. Po naszym stanowczym proteście dołączają nas grupy z innej agencji. Czujemy się oszukani. Wraz z dwoma Szwedkami i parą z Belgii jedziemy pickupem wzdłuż rozlewisko przez 4 godziny, krótkim postojem w Reynes. Po drodze widzimy 2 aligatory i liczne ptaki. W wiosce Santa Rosa jemy obiad i podjeżdżamy na przystań. Tam po długim oczekiwaniu wreszcie wyruszamy. Razem z nami jedzie nasz przewodnik i kucharka. Po drodze do naszego obozu widzimy mnóstwo aligatorów , parę kajmanów, żółwie, liczne ptaki ( w tym rajskie ) oraz małpy, które karmimy bananami. Można popływać z delfinami ( podobno odstraszają kajmany i aligatory ). Po smacznej kolacji wyruszamy na nocne łowy. Oglądamy świecące się oczy, a nasz przewodnik łowi małego aligatora ( wypuszczamy go później ). Śpimy na materacach, pod moskitierami.
Po śniadaniu wyruszamy na poszukiwanie anakondy. Po krótki marszu przez wysokie trawy, docieramy do rozlewisk, gdzie podobno żyją te zwierzęta. Brodzimy po kolana w błocie. Widzimy mnóstwo ptaków i łeb jakiegoś węża. Po obiedzie i sjeście płyniemy na połów piranii. Łapiemy jedną piranię, klika małych rybek i 3 z kolcami. Zjemy je później usmażone na kolację. Chętni mogą pływać. Wieczorem płyniemy do zatoki, gdzie chodzi stadko kapibar ( największe gryzonie na świecie ), a potem oglądamy przepiękny zachód słońca. Wieczorem Roberto ( nasz przewodnik ) opowiadał nam o zwyczajach anakond, walce z nimi ( podobno należy je ugryźć - ludzka ślina jest dla nich trująca ), jak bardzo są płochliwe. Mówił też o parku Alto Madidi ( podobno niesamowite miejsce ). 
Następny dzień zaczynamy o 5:30 - płyniemy, aby słuchać głosów ptaków i obejrzeć wschód słońca nad pampą. Po śniadaniu płyniemy w górę rzeki i oglądamy z bliska aligatory i kajmany ( ciemniejsze, o trochę innym kształcie ), niebieskawe ptaki i kapibary. Po obiedzie wracamy do cywilizacji. Po drodze spostrzegamy płynącego węża. Nasza łódź natychmiast zawraca. Nasz przewodnik, wraz z drugim ( z innej łódki ) wyciągają węża z krzaków ... Nasz wąż to kobra. Łódka psuje się nam kilkakrotnie, ale w końcu dopływamy do wioski i wracamy do Rurrenbaque. Chcemy kupić bilety do Trinidadu, ale wszystko jest już zamknięte. Na kolację średnia pizza ( 22 boliwiano ) i smaczne, miejscowe piwo ( 8 boliwiano ).
02.08.2000 wstajemy wcześnie, aby zdążyć na autobus, ale gdy docieramy na dworzec autobusowy, okazuje się, że bilet do Trinidadu jest jutro o 3:00 rano, a bilet kosztuje aż 140 boliwiano ( wczoraj mówiono nam, że 75 boliwiano ). Postanawiamy więc, że polecimy samolotem. Musimy czekać do otwarcia biura wojskowych linii TAM. Udaje się nam kupić ostatnie 2 bilety na 8:30 ( 320 boliwiano + 5 boliwiano za dojazd na lotnisko i 10 boliwiano za nadbagaż, ponad 15 kg ). Czekamy w parku miejskim. Po zjedzeniu wspaniałej melby ( 11 boliwiano ) jedziemy autobusem do Areopuerto Rurrenbaque. Wygląda ono dość dziwnie, jak na lotnisko. Pas startowy jest trawiasty, ochrona przeciwpożarowa, to jedna gaśnica, a bagaże wnoszone są ręcznie. Musimy jeszcze zapłacić 6 boliwiano opłaty lotniskowej i 1$ podatku lokalnego. Wreszcie przylatuje nasz opóźniony samolot. Po 50 minutach lotu ( trochę trzęsie ) jesteśmy na lotnisku w La Paz. Taksówka za 30 boliwiano zawozi nas na główny dworzec autobusowy. Kupujemy bilet na nocny autobus do Cochabamby ( 20 boliwiano ). oddajemy bagaże do przechowalni ( 2 boliwiano ) i ruszamy na miasto. Wypłacam pieniądze ( dolary ) z bankomatu. O 21:30 jedziemy. Droga jest dobra, a autobus wygodny.

broszurka Coincoca

O 5:30 jesteśmy w Cochabamba. Znajdujemy hotel w pobliżu dworca - Elisa ( 30 boliwiano za pokój z łazienką, 15 bez łazienki ). Po krótkim wypoczynku wychodzimy obejrzeć miasto ( trzecie  co do wielkości w Boliwii ). Na ulicy Calle Ayacucho S-259 znajduje się sklep ze zdrową żywnością Coincoca, jak sama nazwa wskazuje, sprzedający głownie różnorakie wyroby z koki - liście ( 2 boliwiano za torebkę ), ekstrakt ( 10 boliwiano ), maść do nacierania ( 8 boliwiano ), pastę do zębów, wino, gumę do żucia i inne. W mieście nie ma zbyt wiele atrakcji, więc odwiedzamy kawiarnię internetową ( 6 boliwiano / h ) i restaurację. W czasie sjesty wszystko jest zamknięte i dopiero po południu ożywa. Kupujemy bilet do Sucre ( 15 boliwiano ). Za pokój liczą nam tylko po 25 boliwiano ( byliśmy tylko część doby ). Nasz autobus wyrusza o 19:30. Droga szybko przestaje być asfaltowa, wjeżdżamy w góry. Trzęsie tak, jakby ktoś specjalnie podkładał kamienie pod koła. Po drodze czeka nas kolejna kontrola policyjna. Nad ranem jesteśmy na miejscu. Decydujemy się jednak jechać dalej, do Potosi i przesiadamy się na autobus do tego miasta ( 15 boliwiano ). Przejeżdżamy przez centrum Sucre - konstytucyjnej stolicy Boliwii. Miasto wygląda bardzo ładnie. Nasz autobus jedzie dobrą, asfaltową drogą, wijącą się przez suche, puste góry. 

Potosi-widok na miasto Potosi-kopalnia 1 Potosi-wejście do kopalni  Potosi-kobiety "palliri" Potosi-kopalnia-10 latek przy pracy Potosi-kopalnia 2 Potosi-kopalnia-bożek "El Tio" Potosi-krew lam-pozostałość po obchodach rytuału quaracu Potosi-portal kościoła św. Wawrzyńca droga Potosi-Uyuni 1 droga Potosi-Uyuni 2 

Około 10:00 docieramy do Potosi. Jedziemy taksówką do hotelu Felcar ( pokój ze wspólną łazienką - 20 boliwiano od osoby ). W naszym hotelu mieści się także biuro podróży i tam wykupujemy wycieczkę do kopalni srebra i cyny na następny dzień ( cena nominalna 10$=62 boliwiano, stargowaliśmy do 40 boliwiano ). Jutro zaczyna się trzydniowe święto narodowe Boliwii, dlatego zwiedzać kopalnie można tylko rano. Po krótkim odpoczynku idziemy zwiedzić miasto. Chcę znaleźć bank - niestety przewodnik Pascala po raz kolejny okazuje się niezbyt dokładny, bank znajduje się w całkiem innym miejscu niż na mapce w książce. Odwiedzamy katedrę, dawną mennicę królewską Casa Real de la Moneda (wstęp do środka 10 boliwiano, fotografowanie 10 boliwiano, filmowanie 10 boliwiano, na szczęście na dziedziniec można wejść za darmo i na tym poprzestajemy ). Ładne są kolonialne kamieniczki. Odwiedzamy rynek artystów ludowych - można tu kupić swetry z alpaki ( 55 boliwiano ), ładne czapki ( 20 boliwiano ), wyroby ze srebra. Przyjemnie zaskakuje nas wieczorem pogoda. Choć jesteśmy na wysokości 4070 m n.p.m., to jednak jest cieplej niż nad jeziorem Titicaca.  
Rankiem wyruszamy na wycieczkę do kopalni. Dostajemy stosowny ubiór - żółte kurtki, gumiaki kaski. Wpierw jedziemy rynek górniczy. Tutaj właśnie zaopatrują się pracownicy kopalń. My kupimy dla nich podarki - do wyboru są liście koki ( wraz ze specjalnym skamieniałym popiołem -  10 boliwiano za sporą torbę ), papierosy, 97 % spirytus, dynamit i amonit (  paczka za 10 boliwiano ). Potem jedziemy do kopalni. Spotykamy kobiety "palliri" ( wdowy po górnikach ), zajmujące się odzyskiwaniem srebra ze starych odpadów. Widzimy pokaz wysadzania skał dynamitem. Dostajemy lampy - karbidówki i schodzimy wraz z naszym przewodnikiem ( byłym górnikiem ) do wnętrza kopalni. Próbujemy, jak smakują liście koki. Żuje się je wraz z kawałkiem popiołu ( zawarte w popiele substancje wydobywają z liści substancje czynne ). Po chwili  szczęka drętwieje ( jak podczas znieczulenia u dentysty ) i czuje się wyraźny dopływ energii. Posuwamy się wąskim chodnikami, zgięci w pół. z powodu święta nie ma zbyt wielu pracowników. Pracują oni ręcznie - wykuwają otwory pod dynamit, a potem wysadzają skały ( wybuchy są o 13:00, a głośne stukanie kilofami ostrzega przed wchodzeniem w rejon detonacji ). Przewodnik opowiada nam o kopalni - znajduje się w niej 40 żył srebra o długości do 5 km, grubości od 5 cm do 5 m i wysokości do 800 m. Po wydobyciu cały urobek jest wywożony taczkami. Kopalnia jest spółdzielcza, każdy ze współwłaścicieli sam w niej pracuje i zatrudnia pomocników, kupuje liście koki i dynamit. W ciągu 2 tygodni zarobek całej grupy to około 1 000 boliwiano. Spotykamy górników w różnym wieku - zarówno 65 latka, jaki pomagającego ojcu  10 latka. Obdarowujemy ich koką i papierosami ( a dzieciaka cukierkami ). Zwykle pracę zaczyna się w wieku 12 lat. Spotykamy także grupę pracującą w sposób bardziej nowoczesny - mają młoty pneumatyczne i elektryczne lampy. Na koniec schodzimy na sam dół do bożka "El Tio". Jest on połączeniem indiańskich bogów i chrześcijańskiego diabła, właścicielem kopalni i jej minerałów. Górnicy składają mu ofiary w postaci liści koki i papierosy ( gdy je wypala, to dobry znak ).  Na korytarzach kopalni wiszą małe flagi - pozostałość po obchodach rytuału quaracu. W czasie karnawału, 23 maja i 1 sierpnia składane są ofiary dla starożytnej bogini ziemi Pachamamy oraz dla El Tio. Zabija się  wtedy lamę,  a jej krwią spryskuje na szczęście zabudowania kopalni i jej korytarze. Po oddaniu dla El Tio resztek naszych zapasów koki i papierosów wychodzimy na powierzchnię. Wracamy do miasta. Tu właśnie kończą się obchody święta narodowego.  Idziemy obejrzeć przepiękną fasadę kościoła św. Wawrzyńca ( Iglesia de San Lorenzo ), oraz miejscowy targ. 
Następnego dnia jedziemy autobusem do Uyuni. Chociaż wsiedliśmy do autobusu przed biurem firmy transportowej, to on i tak jedzie na miejscowy dworzec. Tylko po to, abyśmy zapłacili opłatę za korzystanie z dworca,  na którym  nawet nie byliśmy .... Po zatankowaniu ( dlaczego nigdy nie można zrobić tego przed wyruszeniem w trasę ? ) ruszamy dalej. Droga jest kiepska, ale krajobrazy przepiękne - różne kolory skał ( zielone i czerwone ), stada lam i alpak, przepiękne wąwozy quebrada. Zatrzymujemy się na krótki postój w biednej wiosce ( na środku, ogrodzona drutem kolczastym, antena satelitarna i panele słoneczne, dostarczające prąd ). W końcu docieramy do celu. Na środku kompletnego pustkowia, na równinie znajduje się Uyuni.

miasto Uyuni widok na Uyuni Uyuni-składowisko lokomotyw 1 Uyuni-składowisko lokomotyw 2 Salar de Uyuni 1 Salar de Uyuni 2 Salar de Uyuni 3 Salar de Uyuni-hotel z soli Salar de Uyuni-wyspa Pescado 1 Salar de Uyuni-wyspa Pescado 2 Salar de Uyuni-wyspa Pescado 3 Salar de Uyuni-mumia Salar de Uyuni-widok 1 Salar de Uyuni-lamy 1 Salar de Uyuni-wiskacz Salar de Uyuni-wulkan Salar de Uyuni-skały Salar de Uyuni-śnieg Salar de Uyuni-skała Salvadora Dali Salar de Uyuni-lamy 2 Salar de Uyuni-widok 2 Salar de Uyuni-flamingi 1 Salar de Uyuni-flamingi 2 Salar de Uyuni-flamingi 3 Salar de Uyuni-fumarole 1 Salar de Uyuni-fumarole 2 Salar de Uyuni-fumarole 4 Salar de Uyuni-fuamrole 5 Salar de Uyuni-fumarole 3 Salar de Uyuni-ciepłe źródła Salar de Uyuni-widok 3 Salar de Uyuni-laguna Verde

 Do zimnego i wietrznego Uyuni wjeżdżamy około 18:00. Chcemy jechać taksówką do hotelu Tunupa, ale w końcu kierowca zawozi nas do Hotelu Avenida. Za pokój dwuosobowy ze wspólną łazienką  musimy z góry zapłacić 20 boliwiano.  Na szczęście  od 7:00 do 20:00 jest  prysznic z ciepłą wodą, co w tych warunkach daje jedyną możliwość kąpieli. W pobliskiej agencji Tunupa Tours wykupujemy wycieczkę do Salar de Uyuni i dalej do granicy z Chile ( 75$ + 5 $ za wstęp do Parku Narodowego, wycieczka z powrotem do Uyuni 70$  ). Gdy idziemy na kolację do pizerni ( pizza 20-25 boliwiano, herbata 2 boliwiano, piwo 9 boliwiano ) ciepło zapewniają piecyki gazowe. W nocy nie jest nawet tak zimno. Za to następnego ranka czeka nas niespodzianka - w łazience umywalkę pokrywa lód. Mimo wszystko biorę ciepły prysznic. Mamy mieć wyjazd o godzinie 11:00. Idziemy do biura emigracyjnego - tam za jedyne 15 boliwiano wbijają nam pieczątkę wyjazdową z Boliwii. Potem długo czekamy na wyjazd i ruszamy dopiero po 12:00. Z nami jest pięć Francuzek oraz drugi samochód Włochów. Jedzie z nami kierowca-przewodnik i kucharka - Indianka ciągle żująca liście koki. Pierwszym punktem wycieczki jest składowisko starych, parowych pociągów. Robi naprawdę duże wrażenie. Potem jedziemy przez rezerwat wikunii ( dzikie krewniaczki lam, bardzo płochliwe, podobne do saren ). Oglądamy kopalnię soli i wreszcie wyjeżdżamy na Salar de Uyuni, mijając przy wjeździe sklep z tandetnymi rzeźbami solnymi. Jedziemy przez niesamowitą białą pustynię, aż docieramy do hotelu w całości wykonanego z soli ( nocleg kosztuje 20$ za noc z wyżywieniem ). Obok znajduje się równie dziwny pałac z soli, jeszcze w budowie. Po dość skromnym posiłku jedziemy dalej. Docieramy do wyspy Pescado ( Wyspa Ryby ), nazywanej tak od jej kształtu. Żyją tam wiskacze, gryzonie, wyglądające jak skrzyżowanie królika z małym kangurem , a dokładniej, z kangurzym ogonem. Teren całej wyspy porastają ogromne kaktusy, o przedziwnych kształtach. Intensywnie niebieskie niebo, biały salar i brązowo-zielona wyspa tworzą wspaniały widok. Udajemy się pod wygasły wulkan Tunupa, do hotelu o tej samej nazwie, gdzie spędzimy noc. Przy brzegu gnieżdżą się stada flamingów. Przed kolacją idziemy obejrzeć mumię na wzgórzu i wracamy już po ciemku. Posiłek jest znowu raczej skromny, co nie nastraja nas zbyt przyjaźnie w stosunku do organizatora naszego wyjazdu. Wstajemy o 6:00 rano, żeby obejrzeć wschód słońca, ale to pokazuje się dopiero po 7:00. Jest zimno, zamarzają nawet słone sadzawki. Po, tradycyjnie już, niezbyt obfitym śniadaniu wyruszamy dalej. Po opuszczeniu solniska wjeżdżamy do bazy wojskowej. Musimy pokazać nasze paszporty. Zatrzymujemy się, aby obejrzeć z daleka czynny, dymiący wulkan i zniszczone przez erozję skały wulkaniczne. Mijamy kilka lagun z dużymi stadami ptaków. Przy jednej z nich zatrzymujemy się, aby z bliska podziwiać flamingi czarne i czerwone. Przy brzegu jest cuchnące błoto boraksowe. Po opuszczeniu laguny wjeżdżamy do parku Narodowego. Znowu spotykamy wiskacze. Mijamy płaty śniegu i docieramy do skały Salvadora Dali ( San Piedro ), wyrzeźbionej przez wiejący w tym miejscu z dużą siłą wiatr. Jeszcze trochę jazdy po wertepach i docieramy do Laguna Colorado. Opłacamy bilet do parku ( 30 boliwiano ), kwaterujemy się i już robi się za ciemno, aby zrobić zdjęcie w tym przepięknym miejscu. Szkoda. Czerwona woda jeziora jest przepiękna. Jest bardzo zimno, porywisty wiatr jeszcze pogarsza sprawę. Śpimy wszyscy w jednym pomieszczeniu, w "hotelu" pokrytym falistą blachą. Na kolację. po długim oczekiwaniu, dostajemy "spageti", czyli makaron z cebulą i kawałkami mięsa.
09.08.2000 wstajemy o 6:00 rano. Ubieramy się w ciemności i pakujemy. Na dworze jest bardzo zimno. Jedziemy do gejzerów ( a właściwie fumaroli ). Z ziemi wydobywają się kłęby gorącej pary, z jednego z otworów leci ona, jak z czajnika. W wielu bulgocze błocko. Grzeję ręce w kłębach pary. Dopiero po wschodzie Słońca robi się cieplej. Następnym etapem naszej wycieczki są ciepłe źródła, zasilające zatokę jeziora. Dzięki temu temperatura wody utrzymuje się tam na poziomie 30 st. C. Można moczyć nogi, oglądając liczne ptaki, gnieżdżące się w pobliżu. Po zjedzeniu śniadania ruszamy dalej. Mijamy ogród skalny, czyli ostańce rozrzucone na piasku. Przejeżdżamy obok Laguna Blanca i docieramy do Laguna Verde, położonej u podnóża wulkanu. Ma ona zielonkawy kolor, a o 11:00 ma nastąpić magiczna zmiana koloru ( wiatr zmienia ułożenie skał na dnie ). Niestety nie jest nam dane zobaczenie tego. Musimy jechać na granicę Chile. Jestem wściekły. Oczywiście potem okazuje się, że można było jednak poczekać. Posterunek graniczny to jeden budynek na środku pustkowia. Można tam podbić paszport. Kosztuje to mniej niż w Uyuni ( 5 boliwiano ). Po pewnym czasie podjeżdża minibus, zabierający turystów do San Pedro de Atacama. Na początku droga jest piaszczysta, w pewnym momencie pojawia się jednak asfalt. To znak, że przekroczyliśmy już granicę. Jak powiedział nasz kierowca "Witajcie w cywilizacji".
 

Napisz do mnie  :  mail<wytnijtoooo>@zoch.pl

Reklama
Mazury Mielno noclegi Łeba noclegi

Etykiety piwne z różnych krajów Rok 1999 - przez Rosję i Chiny do Bangkoku Rok 2000 - w krainie Inków Marzec 2001 - Berlin i Hanower Maj 2001 - w siedem dni dookoła Syrii Sierpień 2001 - krótka wizyta w Pradze Jesień 2001 - w kolebce ludzkości Sierpień 2002 - Lwów Jesień 2002 - śladami Stasia i Nel - Sudan Egipt Jordania Miasto nad Newą Wilno Jesień 2003 - znowu w Azji Birma Tajlandia Laos Turcja i Iran 2004 Ojców i Kraków Holandia 2004 Londyn 2004 Warmia i Mazury 2005 Afryka 2005 Zdjęcia Kalifornia - maj 2006 Zdjęcia Belgia - maj 2006 Zdjęcia Berlin - lipiec 2006 Zdjęcia Rzym, Watykan, Mediolan - sierpień 2006 galerie Jemen Stambuł południowe Indie luty 2007 Azja 2007 - Jemen, Stambuł, południowe Indie Zdjęcia Norwegia czerwiec / lipiec 2007 podróż do Norwegii czerwiec / lipiec 2007 Zdjęcia Barcelona listopad 2007 Zdjęcia Petersburg kwiecień 2008 Zdjęcia Indonezja , Dubaj , Zurich kwiecień / maj 2008 Zdjęcia Rzym - sierpień 2008 podróż 2008 Indonezja , Dubaj , Zurich kwiecień / maj 2008 podróż 2009 Gwatemala , Honduras , Belize luty / marzec 2009 Zdjęcia Portugalia - wrzesień / październik 2008 Etykiety piwne z różnych krajów Rok 1999 - przez Rosję i Chiny do Bangkoku Rok 2000 - w krainie Inków Marzec 2001 - Berlin i Hanower Maj 2001 - w siedem dni dookoła Syrii Sierpień 2001 - krótka wizyta w Pradze Jesień 2001 - w kolebce ludzkości Sierpień 2002 - Lwów Jesień 2002 - śladami Stasia i Nel - Sudan Egipt Jordania Miasto nad Newą Wilno Jesień 2003 - znowu w Azji Birma Tajlandia Laos Turcja i Iran 2004 Ojców i Kraków Holandia 2004 Londyn 2004 Warmia i Mazury 2005 Afryka 2005 Zdjęcia Kalifornia - maj 2006 Zdjęcia Belgia - maj 2006 Zdjęcia Berlin - lipiec 2006 Zdjęcia Rzym, Watykan, Mediolan - sierpień 2006 galerie Jemen Stambuł południowe Indie luty 2007 Azja 2007 - Jemen, Stambuł, południowe Indie Zdjęcia Norwegia czerwiec / lipiec 2007 podróż do Norwegii czerwiec / lipiec 2007 Zdjęcia Barcelona listopad 2007 Zdjęcia Petersburg kwiecień 2008 Zdjęcia Indonezja , Dubaj , Zurich kwiecień / maj 2008 Zdjęcia Rzym - sierpień 2008 podróż 2008 Indonezja , Dubaj , Zurich kwiecień / maj 2008 Zdjęcia Portugalia - wrzesień / październik 2008 Zdjęcia Gwatemala , Honduras i Belize - luty / marzec 2009 Zdjęcia Prowansja - czerwiec 2009 Zdjęcia Paryż - lipiec 2009 Zdjęcia Supraśl - październik 2009 Zdjęcia Orissa , Bangkok , Birma - luty / marzec 2010 Zdjecia Oman , ZEA ( Dubaj ) - styczeń 2011 podróż 2009 Gwatemala , Honduras , Belize luty / marzec 2009 podróż 2010 Orissa , Bangkok , Birma luty / marzec 2010 Zdjęcia Praga Biebrza Roztocze Pólnocne Włochy - Toskania - 2010 Zdjęcia Kraków - 2011 Zdjęcia Narew - 2011 Zdjęcia Poznań - 2011  podróż Oman , Zjednoczone Emiraty Arabskie styczeń 2011

Barcelona 2007 Belgia 2006 Berlin 2006 Gwatemala Honduras i Belize 2009 Indie 2007 Indonezja 2008 Jemen 2007 Norwegia 2007 Paryż 2009 Petersburg 2008 Portugalia 2008 Prowansja 2009  Rzym 2008 Stambuł 2007 Supraśl 2009 USA Kalifornia 2006 Włochy 2006  Orissa Bangkok i Birma 2010 Zdjecia Oman , ZEA ( Dubaj ) - styczeń 2011 Praga 2010 Biebrza 2010 Roztocze 2010 Północne Włochy i Toskania 2010 Kraków 2011 Narew 2011 Poznań 2011